Oda do młodości

Zmianę kierownictwa SLD zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy tej partii przyjęli jako triumf młodości. Szczególną radość w szeregach SLD wywołał fakt, że obaj nowi kierownicy tej partii, Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski, mając po 31 lat, są w sumie tylko o trzy lata starsi od Marka Borowskiego, uważanego za głównego konkurenta Sojuszu.
Ale młodość ma to do siebie, że dość szybko przemija. Opinie o niej są mocno podzielone. Mickiewicz wzywał młodość, aby wylatywała ponad poziomy, było to jednak wezwanie, nie zaś fakt, a William Pitt starszy mówił wręcz o „odrażającej zbrodni bycia młodym człowiekiem”, co przyjmowano ze zrozumieniem, zwłaszcza że ten sam Pitt był także autorem powiedzenia, że „nieograniczona władza wypacza umysły tych, którzy je posiadają”, oraz twórcą imperialnej potęgi Brytanii.
Zaletą młodości nowych szefów SLD jest bez wątpienia to, że obaj urodzeni w roku 1974 są poza wszelkim podejrzeniem o współpracę z tajnymi służbami PRL, robienie karier partyjnych w poprzednim ustroju lub o poparcie stanu wojennego. Stanowią więc wyjątkowo niewdzięczne obiekty dla PiS w kwestii lustracji i dekomunizacji, jeśli te oczywiście nie będą sięgały, podobnie jak ustawy norymberskie, o dwa pokolenia wstecz, ponieważ ich ojcowie należeli do PZPR. Wojciech Olejniczak był ministrem rolnictwa, który w rekordowym tempie przygotował mechanizm dopłat unijnych dla rolników, a więc dobrze kojarzy się wsi polskiej, Grzegorz Napieralski zaś jest osobą całkowicie nieznaną, co w obecnych warunkach, gdy ludzi ogarnia zniechęcenie na sam widok polityków, również jest zaletą.
Obaj mają też miłą powierzchowność, która w przekonaniu ich partyjnych wyborców przeniesie się na powierzchowność przeżywającej poważne trudności partii.
I nie jest to wcale wykluczone. SLD od pewnego czasu sprawiał wrażenie znudzonego samym sobą, co udzielało się wyraźnie nawet jego żelaznym wyborcom, niewiedzącym, na kogo mają głosować.
A przecież lewica nie jest w Polsce zjawiskiem efemerycznym. Od ponad stu lat stanowi stały element polskiego życia politycznego i wyeliminowanie jej w ogóle jest po prostu niemożliwe, tak jak niemożliwe jest wyeliminowanie stuletniego ruchu ludowego w różnych jego odmianach czy równie stuletniej endecji. Może oczywiście się zdarzyć, że któraś z tych sił nie wejdzie do parlamentu, co w historii zdarzało się już nieraz, zarówno przed wojną, jak i po wojnie, ale niemożliwa jest ich trwała likwidacja i wygląda na to, że stanowią one po prostu trwałą triadę, wyrażającą aspiracje i poglądy społeczeństwa polskiego. Najlepszym przykładem trwałości tej triady jest endecja, zwalczana przed wojną przez Piłsudskiego, po wojnie zaś niemal totalnie – poza małymi przyczółkami w rodzaju PAX-u na przykład – eliminowana w czasach PRL-u, która mimo to dzisiaj odżywa dzisiaj we wszystkich swoich barwach, nie wyłączając tych całkiem brunatnych, faszystowskich.
Niektórzy twierdzą, że lewica najskuteczniej może zniszczyć się sama. Owszem, może się zniszczyć w perspektywie jednych czy drugich wyborów parlamentarnych albo też w postaci takich lub innych tworów partyjnych. Ale na ich miejsce pojawiają się inne, ogniskując w sobie to, co stanowi istotę lewicy socjalistycznej. Zdarza się to czasem w miejscach całkiem nieoczekiwanych, o czym przekonuje mnie np. drukowany w „Gazecie Wyborczej” artykuł Sławomira Sierakowskiego, redaktora „Krytyki Politycznej”, pt. „NBP nauczy cię liberalizmu”, przynoszący rozbiór mentalności neoliberalnej jakiego nie dokonały nigdy dotąd SLD, SdPl czy UP razem wzięte.
Ale w tym miejscu zaczyna się już problematyka, na którą młodość lub starość, a także wiek średni, nie mają w istocie wielkiego wpływu. Trudno bowiem nie zauważyć, że radosny wybór młodego kierownictwa SLD przerwał równocześnie dość ślamazarny, ale jednak proces wyłaniania się w ramach tej formacji jakichś postaw ideowych i jakichś poglądów, które w rezultacie mogłyby prowadzić do czegoś na kształt nowoczesnej lewicy. Ten proces jednak ma zostać w SLD przerwany w imię jedności, niezbędnej w obliczu nadchodzących wyborów i wyjątkowo agresywnej ofensywy prawicy.
Z pozoru nie wygląda to groźnie, mowa przecież o czterech zaledwie miesiącach, ale kryją się tu niebezpieczeństwa, które warto zauważyć.
Jedno z nich jest już znane i stanowi nawiązanie do okresu millerowskiego, kiedy SLD stanowić miał po prostu sprawny instrument wyborczy, a jego ludzie mieli mówić wszystko, co tylko jakakolwiek grupa wyborców od lewa do prawa chciałaby usłyszeć i w rezultacie objąć władzę. Przyjęcie tej metody przed czterema laty okazało się skuteczne, ale dalszym skutkiem tego jest obecny kryzys Sojuszu. Teraz lewicy nie grozi objęcie władzy, ale jej celem w tych wyborach powinno być jednak wybudowanie na tyle silnej opozycji parlamentarnej, aby nie dopuścić do zmiany konstytucji i realizacji pomysłów ustrojowych, którymi obficie sypią bracia Kaczyńscy i Roman Giertych.
Dalsze jednak życie SLD z pewnością upływać będzie w opozycji. I w tym miejscu nie da się już uciec od pytania, o którym zaczęto jednak przebąkiwać w SLD-owskich dyskusjach, a mianowicie: w opozycji wobec czego? Wobec sprawujących władzę partii prawicowych, aby im tę władzę odebrać czy też wobec systemu kapitalistycznego w jego obecnym polskim wydaniu?
W tej kwestii, jak wiadomo, zdania w obecnym SLD są podzielone i spora grupa dotychczasowych jego przywódców nie ukrywa, że system im w zasadzie nie przeszkadza. Tego samego zdania jest zresztą także Leszek Miller.
Otóż nierozstrzygnięcie tego sporu stwarza mroczną perspektywę przed SLD jako partią opozycyjną, którą stanie się wkrótce. Można bowiem, przez czas jakiś przynajmniej, udawać lewicę, realizując równocześnie liberalno-prawicową doktrynę gospodarczo-społeczną i takąż politykę zagraniczną, a czyniąc to, wymawiać się obowiązkami państwowymi jako „lewica odpowiedzialna”. Ale możliwe jest to tylko wtedy, gdy jest się partią rządzącą.
Nie można natomiast używać tych kostiumów w opozycji, zwłaszcza w sytuacji, kiedy spora część społeczeństwa dokonała już na swój użytek nie tylko oceny ekip rządzących, ale także systemu, w którym żyje .
I wobec którego, jak dotąd, nie ma gdzie ulokować swojego głosu sprzeciwu.
Obawiam się, że na to sama młodość nie wystarczy. Potrzeba też dojrzałości.

 

 

Wydanie: 23/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy