Polska Ameryka Łacińska

Polska Ameryka Łacińska

Kiedy chce się powiedzieć społeczeństwu coś przykrego, można tę wiadomość opakować w ładny tytuł. „Gazeta Wyborcza” chroniąca z całych sił słaby rząd Tuska ma tę sztukę opanowaną do perfekcji. Czytamy np. wielki, optymistyczny tytuł: „Oszczędności Polaków rosną. W bankach mamy prawie 500 mld zł”. Z tekstu wynika jednak, że jesteśmy w Europie na szarym końcu pod względem posiadanych oszczędności, a większość Polaków to zwykli biedacy. 500 mld ładnie brzmi w tytule, w realnym świecie jest już gorzej. Taką samą kwotę zebrali również Norwegowie, ale ich jest osiem razy mniej. Z kolei Niemcy mają 16 razy więcej zgromadzonych oszczędności niż Polacy, choć pod względem liczby ludności przerastają nas tylko dwukrotnie. Na głowę jednego Polaka przypada niecałe 3 tys. euro (2,8) – dziewięć razy mniej niż w Belgii (prawie 26 tys. euro), sporo mniej niż w Holandii (21,7 tys. euro) czy we Francji (16,8 tys. euro). Ale nie porównujmy się z krajami Europy Zachodniej, ktoś powie. OK, w takim razie może Malezja? Tam mają średnio powyżej 4 tys. euro oszczędności na osobę. Południowi sąsiedzi również nas prześcignęli w tej dziedzinie – Czesi zebrali średnio 7 tys. euro na głowę.
Nie wielkość oszczędności Polaków robi jednak najsmutniejsze wrażenie, lecz ich rozkład. Okazuje się, że ponad połowa (52%) wszystkich oszczędności Polaków znajduje się w kieszeniach zaledwie 6% mieszkańców kraju. Pozostałe 48% zgromadzonych środków pozostaje do podziału między resztę, 94%, społeczeństwa. To nie są standardy europejskie. To przypomina strukturę biednych społeczeństw z Ameryki Łacińskiej. Bogactwo kraju znajduje się w rękach co dwudziestej osoby. Takie warunki nie sprzyjają ani rozwojowi społecznemu, ani stabilizacji, ani bezpieczeństwu wszystkich ludzi. O tym, że demokracja w takiej sytuacji pozostaje tylko sloganem, nie warto nawet wspominać.
Co więcej, różnice w dochodach i warunkach życia wcale nie maleją – przy obecnej polityce społeczno-ekonomicznej rosną wciąż w galopującym tempie. O ile średnie zarobki pracowników wzrosły w minionym roku o ok. 5%, o tyle dochody prezesów i menedżerów spółek
giełdowych wzrosły o 25%. Oznacza to, że większość niczego nie zyskuje, bo symboliczne podwyżki pożera inflacja, a niewielka grupa oddala się ze swoimi możliwościami finansowymi od całej reszty.
Trudno, żeby działo się inaczej, jeśli największym zmartwieniem prezydenta państwa jest kwestia przyjazdu do Polski w wyborczym roku 2015 papieża, który swoją obecnością pewnie wspomoże przedłużenie pięcioletniego kontraktu prezydenckiego. Wiadomo, że w przaśnym kraju nad Wisłą religijne przyśpiewki zawsze pomagają zachować władzę. I widać, że ten marketing religijno-polityczny z braku innych pomysłów na rozwiązywanie problemów społecznych będzie kontynuowany.
Na razie więc widzimy, że Polską rządzi prawicowa koalicja PO-PSL-PiS, która nie tylko wyrzuca do śmietnika ustawy mogące choć trochę poluzować represyjny gorset w sferze kulturowo-obyczajowej, ale wręcz unika jakiejkolwiek debaty publicznej o sprawach mogących nieco przewietrzyć zaścianek. Ostatnio tak się stało z projektami ustawy o związkach partnerskich, odesłanymi głosami PO-PSL-PiS na półkę. Parlamentarna prawicowa konserwa twierdziła, że są niezgodne z konstytucją. Choć powinna raczej szczerze przyznać, że chodzi o niezgodność z katechezą i naukami lokalnego proboszcza. Jesteśmy w UE, ale wpływy lokalnego proboszcza i władzy biskupiej wciąż są olbrzymie w sferze uprzedzeń mentalnych i na poziomie konformizmu politycznego krajowych posłów.
Ta atmosfera politycznego zaścianka odbija się też na polityce zagranicznej – zazwyczaj Polska kieruje się nie tyle własnym interesem, ile ideologiczno-historycznymi uprzedzeniami. Premier Tusk nie miał czasu na spotkanie z obecnym lewicowym prezydentem Francji François Hollandem, kiedy ten był pewnym kandydatem do zwycięstwa w wyborach. Teraz krajowa elita władzy będzie padać przed obliczem Mitta Romneya, prawicowego kandydata na prezydenta USA. Choć cała Europa Zachodnia kibicuje Obamie, w Polsce wolą tego, który ma mniejsze szanse, za to bardziej nie lubi Rosji. Reguły polskiej polityki zagranicznej są proste. Kto bardziej prawicowy i nawiedzony oraz sprawniej odpowiada na stereotypy zatopione w polskiej mentalności, ten może liczyć na większą przychylność polskiego premiera i prezydenta. Nie liczą się interesy, tylko kryteria ideologiczne. Tak samo jak w polityce krajowej. Można jedynie powiedzieć: panowie, mniej emocji i zacietrzewienia ideologicznego, więcej pragmatyzmu i praktycznego działania.

Wydanie: 31/2012

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy