Rozczarowanie

Rozczarowanie

Interesy materialne wyborców mają wpływ na ich poglądy polityczne oraz antypatie lub sympatie partyjne, ale nie w tak dużym stopniu, jak sądzą politycy, którym się wydaje, że są realistami, i nie w sposób bezpośredni. Z powodu złych warunków życiowych ludności może dochodzić do wielkich strajków i rozruchów skierowanych przeciw władzy. Z tego nie należy wyciągać wniosku, że partia rządząca może odzyskać respekt, podnosząc materialny poziom życia. W trakcie rozruchów bowiem niechęć czy wrogość do władzy usamodzielniła się w stosunku do swojej przyczyny i stała się faktem niejako autonomicznym. Gdyby po strajkach roku 1980 rząd podniósł stopę życiową ludności o 100 procent, stosunek ogółu do partii rządzącej nie zmieniłby się na pozytywny. Obok dotychczasowej niechęci pojawiłoby się jeszcze lekceważenie, jakie mamy dla wrogów, gdy nasze położenie wyraźnie się poprawiło, dodając nam pewności siebie. Któryś z historyków zauważył, że lud warszawski przyłączył się do powstania listopadowego wskutek tego, że dwa dni wcześniej podniesiona została cena piwa. Gdy powstanie wybuchło, nikt już nie myślał o piwie. Nawet szampan rozdawany za darmo nie wygasiłby nastrojów patriotycznych i buntowniczych.
Między obiektywną rzeczywistością a umysłem znajduje się symboliczna sfera interpretacji i ona decyduje, jak ludzie widzą fakty, w tym także swoje interesy. W naszych czasach ta sfera się powiększa i gęstnieje. Dzięki technicznemu doskonaleniu się mediów rośnie też wpływ interpretatorów rzeczywistości. Partie nieobecne w tej dziedzinie (nieważne z jakiej przyczyny – z powodu niskiej swojej kultury czy z miażdżącej przewagi przeciwników) mogą zdobywać zwolenników tylko dzięki tak zwanemu populizmowi, czyli odwołaniu się do najprostszych, dobrych lub złych nastawień emocjonalnych liczących się grup ludności. Populizm jest niebezpieczny dla posiadaczy mediów, ponieważ pozwala partiom obejść się bez ich pośrednictwa. Co mówiąc, nie neguje oczywistego faktu, że media także praktykują populizm i w ich wykonaniu może on być jeszcze większym niebezpieczeństwem.
Rachuby liderów SLD na to, że poprawa gospodarki, przyśpieszenie tempa wzrostu dochodu narodowego i uprawdopodobnienie nadziei na zmniejszenie bezrobocia wpłynie korzystnie na wizerunek partii i przysporzy jej wyborców, moim zdaniem są mylne. Gdyby nawet do znaczącej poprawy doszło, to nie jest pewne, a raczej jest bardzo niepewne, czy taki fakt przebiłby się do umysłów poprzez sferę medialnej interpretacji, w której SLD z obu wyżej wymienionych przyczyn jest nieobecny. Poza tym niezadowolenie wyborców z polityki gospodarczej i społecznej SLD już zdążyło się przekształcić w niechęć ideową. SLD przegrał walkowerem walkę o prestiż. Przypatrując się liderom partii, ma się podejrzenie, że oni nie wiedzą, iż taka walka się toczy. Odium afery Rywina, zwalone na nich i na całą partię, przyjęli jako dopust Boży, na który nie ma ludzkiej rady. Najbardziej absurdalne oskarżenia od razu przyjmowali jako prawdopodobne, wymagające śledztwa prokuratorskiego, zamiast je wyśmiać. (Dziesięć milionów dolarów łapówki dla posła Jaskierni). Że też żadnej z gazet nie przyszło do głowy zarzucić lewicy kradzież niewidzialnej strony księżyca; minister Kurczuk z pewnością kazałby wszcząć śledztwo. Wśród swoich wiceprzewodniczących SLD ma co najmniej jednego, którego rolą jest potwierdzanie od wewnątrz tego, co o jego partii głoszą wrogie media. Utraciwszy wskutek weryfikacji połowę członków (odpływ jeszcze się nie zakończył), liderzy robią dobrą minę do złej gry: odnieśliśmy sukces, połowa została. To może rzeczywiście nie tragedia, ważniejsi od członków są wyborcy, ale do nich mają również nielojalny, manipulatorski i lekceważący stosunek, i również z dużą domieszką poczucia obcości. Ach, żeby tak mieć innych wyborców i przewodzić innej partii! „Co ja tu robię?”, pyta wiceprzewodniczący SLD.
W ważnym głosowaniu w Sejmie rządowi SLD-UP zabrakło dwu głosów. To mniej niż zostało z klubu wyrzuconych. Profesor Łapiński został z partii usunięty bez zrozumiałych powodów i z klubu bez powodów ważnych. Teraz trzeba z nim negocjować jako przedstawicielem innego klubu i od wyniku może zależeć trwałość rządu, ogłoszenie przedterminowych wyborów. Zanim dosięgła go kara, aż takiego znaczenia nie miał. Kierownictwo Sojuszu składa się w większości z bardzo inteligentnych, sprawnych w działaniu ludzi, co widać wszędzie tam, gdzie chodzi o sprawy, które muszą rozstrzygnąć własnym rozumem. Ale w kwestiach społecznych, państwowych, objętych uwagą gazet i telewizji nie mają tak zwanej podmiotowości, robią to, do czego są wzywani, i wtedy zachowują się jak idioci użyteczni dla przeciwników. Gdy przed rokiem słyszałem, że nie zależy im na zwycięstwie w wyborach, 15% wystarczy, aby figurować na centralnej scenie, że wszystkimi z tego korzyściami, sądziłem, że to kalumnia. Obecnie uchodzi to za banalne stwierdzenie faktu, któremu nikt się nie dziwi. Wcale nie jestem pewien, czy mogą liczyć na stały elektorat lewicy. Właśnie stały jest najbardziej rozczarowany, a nawet urażony bezideowością liderów SLD. Stały przemienia się w płynny i tylko ta jego część, która przechodzi do Samoobrony, zyska jakiś wpływ na Sojusz, gdy w przyszłym Sejmie będzie się on musiał układać z Samoobroną. Historia z Łapińskim może się powtórzyć na innej płaszczyźnie.
Piszę tu o SLD, ale myślę o wyborcach, nie o partii. Znaczna część społeczeństwa, mająca poczucie, że została przez SLD potraktowana instrumentalnie i zlekceważona, nie ma obecnie swojej reprezentacji partyjnej. Wprawdzie wiadomo, że słuszność jest podzielona (w nierównej mierze) między wiele partii, ale można głosować tylko na jedną. Poza tym – ta prawda, którą wyznaje najrozsądniejsza część byłego elektoratu SLD, znajduje się obecnie poza horyzontem wszystkich partii.

Wydanie: 6/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy