Nic nowego

Nic nowego

Życzę powodzenia Stronnictwu Konserwatywno-Ludowemu i jego przewodniczącemu, Janowi M. Rokicie, ale jednocześnie pytam się, czy do tego powodzenia potrzebne jest przedstawianie faktów w krzywym zwierciadle? Pytany o rozszerzającą się korupcję w państwie przewodniczący SKL mówi, że to ”agresywna interesowność” SLD i PSL ”zdeprawowała polskie życie publiczne. Niestety, ani AWS, ani Unia Wolności nie znalazły sił do podźwignięcia państwa z tego upadku”. Tu nie chodzi o brak sił. Nikt nie zauważył choćby bezsilnych prób zerwania z praktykami poprzedników, podobno gorszącymi. Koalicja rządząca w latach 1993-1997 była dogłębnie kontrolowana przez prasę i o obsadzeniu stanowisk swoimi ludźmi, głównie przez PSL, dużo się słyszało. Problem nie polega na tym, że obecna koalicja nie znalazła sił, aby zerwać z niedobrymi obyczajami poprzedników. W ogóle nie miała takiego zamiaru. Z góry jej liderzy zapowiedzieli, że będą robić to, co rzeczywiście robią, to znaczy obsadzać swoimi ludźmi tyle stanowisk, ile się da. Jedni mówili – cztery tysiące, inni obiecywali swoim zwolennikom 30 tysięcy posad. Ludzie nie zapomnieli rządów poprzedniej koalicji i mają z czym porównać to, co się dzieje. Zarówno sympatycy opozycji, jak też olbrzymia część wyborców AWS jest zdumiona skalą partyjnego nepotyzmu. Według potocznego powiedzenia, partie obecnie rządzące nabierają chochlą, podczas gdy ich lewicowi poprzednicy posługiwali się zaledwie herbacianą łyżeczką. Sprawa obsadzania posad już niezmiernie animuje prasę i polityków, po wyborach można się spodziewać prawdziwej histerii. Werbalne kształtowanie sytuacji na użytek partyjny jest powszechną praktyką, ale nie warto dmuchać pod wiatr. Jeśli coś dla oświecenia wyborców można w tej sprawie zrobić, to przedstawić fakty w ujęciu liczbowym. To zadanie należy do opozycji, nie żądajmy od rządzących, aby dawali ścisłe dowody przeciw sobie.

Gdy partie solidarnościowe obejmowały władzę, zapowiadały wielkie rzeczy: dokończą rewolucję, Polacy obudzą się w nowej rzeczywistości, zapanuje ład moralny itp. Tymczasem okazuje się, że nawet ”nie znalazły sił”, aby nie naśladować poprzedników, którzy ”zdeprawowali polskie życie publiczne”.

Jan M. Rokita posługuje się klarownymi pojęciami, posiada esprit i czystą, doskonałą składnię, toteż zniekształcanie faktów, na które nie zwracamy uwagi u jakiegoś mętnego gaduły, u niego występuje jak bohomaz w ładnej ramce. Mówi on, że w pierwszych latach niepodległości panował, czy też był tworzony ”purytański etos służby publicznej”. Niestety, nie odpowiada to rzeczywistości. Władzę przejęli ludzie, którzy rozumieli tylko jeden rodzaj służby publicznej (mówię bez ironii, bo w pewnych okolicznościach jest to służba publiczna): strajkowanie, manifestowanie, grupowe modlenie się. Gotowi byli za to iść do więzienia, co dla takiego Władysława Frasyniuka po dziś dzień jest najwyższym rodzajem służby publicznej. Dziś wielu z nich jest spychanych na margines, ale ich wyobrażenie o służbie publicznej nie zostało niczym zastąpione. Cztery tysiące nowych walecznych nadal czerpie dobre samopoczucie ze zwalczania nieludzkiego systemu komunistycznego. Nie odejście od hipotetycznego etosu pierwszych lat niepodległości, lecz ciągłe tkwienie w tamtej atmosferze budzi zdziwienie niezaangażowanego obserwatora.

W Polsce każda zmiana ustroju i każde odzyskanie niepodległości, choćby miała ona trwać tylko kilka miesięcy, wywołuje masową inwazję na posady państwowe. Tak było po ostatniej wojnie, dużo o tym pisano w okresie międzywojennym, ale najzwięźlej to opisał autor XlX-wieczny. Zaraz po wybuchu powstania listopadowego, gdy Rosjanie opuścili Warszawę, rozpoczęły się łowy na posady. ”Weszło w obyczaj, z duchem zbrojnego powstania niezgodny, urzędowanie. Ledwo nie kto w Boga wierzył, chciał urzędować w Warszawie – urzędować koniecznie i świetnie. To trwało aż do ostatka. Familiami, prowincjami, grupami rzucano się tedy do urzędów, jakby naród dlatego tylko powstał, ażeby pewnym osobom i zbiorom osób w nagrodę dawnych zasług, nabytych reputacji, przecierpianych pod moskiewskim uciskiem prześladowań do tego niewczesnego popisu szerokie otworzyć pole. Ten siedział lat parę w więzieniu – a więc zrobić go ministrem! Ów pod przeszłym rządem otrzymał niezasłużoną dymisję – a więc zrobić go przynajmniej zastępcą ministra! Innego W. Książę skrzywdził osobiście – a więc zrobić go zastępcą radcy stanu! Bez względu na szczególność fachu, na specjalność zatrudnienia, szlachta wprost od pługa chwytała posady główne… Nie masz rządu, którego by taka logika w sejmik jarmarczny nie zamieniła… Machina słabła od wierzchu do dołu i wykoślawiała się we wszystkich cząstkach pośrednich”.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy