W środku

Polska zaczęła rok 2004 pięknie, uroczystym wstąpieniem do Unii Europejskiej, ale kończy go w błocie.
Oczywiście, można się pocieszać, że mamy – statystyczny – wzrost gospodarczy, którego nie czują jednak bezrobotni ani ludzie żyjący w nędzy, albo że mamy dwa razy więcej studentów, niż mieliśmy ich kiedyś, tyle że dwie czołowe polskie uczelnie, Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski, z biedą znalazły się w czwartej setce obejmującego 500 uczelni światowego rankingu uniwersytetów. Nad krajem u schyłku tego roku unosi się klimat obrzydliwości, złożony z afer, donosów i kontrdonosów do prokuratury, kłamstw i pomówień i nie ma już żadnego człowieka publicznego, za którego krystaliczną czystość można by dać sobie obciąć rękę.
Może z perspektywy czasu wyglądać to będzie inaczej. Taką perspektywę daje kultura. Mówiąc to, mam na myśli wielką wystawę w Warszawskiej Zachęcie, zatytułowaną „Warszawa-Moskwa/Moskwa-Warszawa 1900-2000”. Pomysł tej wystawy pochodzi od głośnej na przełomie lat 70. i 80. wystawy „Paryż-Moskwa-Paryż” w Centre Pompidou, a także od analogicznej wystawy „Moskwa-Berlin” w Niemczech. Obie te ekspozycje uzmysławiały fakt, że cały w istocie XX-wieczny dialog sztuki europejskiej odbywał się pomiędzy Rosją, Niemcami a Francją. Pomiędzy Paryżem a Moskwą przebiegał elektryzujący nurt sztuki nowoczesnej lat 20., z Malewiczem, Tatlinem, Archipienką czy Rodczenką z moskiewskiej strony, a Picassem, Brakiem, Mondrianem i innymi z paryskiej. Zresztą wszystko tu było przemieszane, Paryż i Moskwa były raczej miejscami na mapie sztuki niż wyznacznikami narodowości.
Pomiędzy Moskwą a Berlinem w latach 30. trwał, jak dowcipnie zauważa to Adam Pomorski w eseju zamieszczonym w katalogu warszawskiej wystawy, dialog totalitarnego kiczu.
A Polska, a Warszawa?
Tenże Pomorski pisze: „Ani w pierwszym – paryskim, ani w drugim – berlińskim przypadku kultura polska nie pełniła, bo pełnić nie mogła, funkcji pośrednika czy też pomostu między Rosją a Zachodem. Nie mogła – przede wszystkim przez niewspółmierność skali”.
Jest to zdanie, które pada jako komentarz do konfrontacji artystycznej, ale przecież mogłoby ono i powinno było paść również w innych naszych debatach współczesnych, gdzie znowu pojawia się demonizowane widmo Rosji i znowu wzgardliwa antyrosyjskość staje się legitymacją prawdziwej polskości.
Otóż na wystawie „Warszawa- Moskwa”, obejmującej przecież całe minione stulecie, odnosimy wrażenie zdumiewające. Nie jesteśmy tu bowiem, jak w wypadku Paryża czy Berlina, świadkami dialogu – chociaż autorzy wystawy starają się, jak mogą, aby takie wrażenie wywołać – ale jesteśmy w środku. W środku procesu kulturalnego, w środku działań artystycznych , które w istocie w obu krajach są te same, biorą się z tej samej aury i wyrastają z tej samej gleby. Trwa tak od początkach wieku, jest czytelne w analogiach pomiędzy Mehofferem a Brazem, między Wrublem a Ruszczycem, uderza nieodparcie w latach 20., w których widać, że wielki Malewicz nie mógł sobie wymarzyć lepszych kontynuatorów niż Stażewski, Strzemiński czy Katarzyna Kobro. Plączą się nie tylko obrazy, plączą się życiorysy. Waliszewski jeśli maluje w roku 1916 portret, to jest to portret Kiryłła Zdaniewicza w mundurze rosyjskim, w takim samym mundurze fotografuje siebie w portrecie wielokrotnym Witkacy, na obrazie „Strzemiński opłakujący Malewicza” rozpaczająca sylweta Strzemińskiego jest bez ręki i nogi, które malarz stracił w armii rosyjskiej podczas I wojny światowej.
Nie piszę tego, aby pokazać nurt sztuki polskiej jako wtórny czy też podrzędny wobec nurtu rosyjskiego. Na chwałę tej wystawy wypadnie zapisać, że spośród dzieł polskich , zwłaszcza lat 20. i 30., przywołała ona schowane dzisiaj gdzieś pod korcem nazwiska Mieczysława Szczuki, Karola Hillera, Leona Chwistka czy Rafała Malczewskiego, który był świetnym malarzem przywalonym ciężarem sławy wielkiego ojca. Ale tak się jednak dziwnie składa, iż kiedy podnosi się i krzepnie nie tylko sztuka, lecz także artystyczny ruch umysłowy rosyjski, znajduje to odzew nad Wisłą. A także kiedy ożywia się sztuka polska, ogromne przestrzenie Rosji wyczuwają jej tętno. Jest to naturalne i tak jest od dawna. Warto chociażby przypomnieć, że Henryk Sienkiewicz, a więc pisarz arcypolski, traktowany tym samym jako symbol antyrosyjskiego ducha polskości, największe nakłady swoich książek i rzesze adoratorów miał w Rosji.
W katalogu wystawy czytamy artykuły rosyjskich artystów i teoretyków sztuki, w których ciepłe wyrazy dotyczą polskich przecieków nowoczesności i swobody artystycznej, które przenikały od nas do Rosji w latach najsurowszych radzieckich przymrozków politycznych. Młodego polskiego czytelnika zdumieć jednak może, że w jednym z tych artykułów jako pierwiosnek obecnej rosyjskiej literatury, tworzącej prawdziwy i groźny obraz wojny, przywołuje się „Tren” Bogdana Czeszki, a jako rozświetlający nieznane drogowskaz cytuje się „Kolumbów” Bratnego.
Jaki Czeszko, jaki Bratny? Nasza współczesna wiedza kulturalna, przekazywana masowej publiczności jest już wysterylizowana, przystrzyżona do wymogów poprawności politycznej, Rosjanie jeszcze o tym nie wiedzą lub nie chcą wiedzieć. Echa politycznej poprawności spotykamy zresztą także na wystawie w Zachęcie, gdzie wyodrębniono na przykład osobny dział „sztuki stanu wojennego”, który przecież żadnej sztuki nie stworzył, a jeśli już, to z Dwurnika chociażby przytacza się posępne „Krakowskie Przedmieście”, a pomija ironicznego „Człowieka podziemnego”, pomija się także w ogóle Dudę-Gracza, który do nabożnej poprawności politycznej nie pasuje . Dlatego zresztą być może zmarły niedawno malarz nie dobił się wystawy w Zachęcie, na czym mu bardzo zależało.
Jesteśmy w środku. Czy nam się to podoba, czy nie – a nasza historia ma prawo niezbyt nam się podobać – uczestniczymy w tym samym dramatycznym procesie historycznym, w którym uczestniczy Rosja. Na wystawie „Warszawa-Moskwa, Moskwa-Warszawa” widać to jak na dłoni. Z tym także, że sztuka rosyjska zdaje się traktować swoją historię – w złym i dobrym – jakby bardziej serio. Dźwiga ją jak ciężki wór, z którego niczego jednak nie wyrzuca i z rozbawieniem na przykład obejrzałem na tej wystawie obraz „Poranek naszej ojczyzny” który przez lata rozpowszechniano w tysiącach reprodukcji, a przedstawia on Stalina z płaszczem na ręku na tle bezkresnego pejzażu; Kałużyński mówił o tym obrazie, że jest to Stalin, który się spóźnił na pociąg i został w szczerym polu.
Czy trzeba dźwigać cały, także ten nielubiany bagaż społecznej świadomości, aby móc powiedzieć coś o dniu dzisiejszym? Rosjanie twierdzą, że tak. My częściej lubimy na skróty.
Daje to do myślenia nie tylko o malarstwie u schyłku dogasającego 2004 roku.

 

Wydanie: 52-53/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy