Oddział zamknięty przepleciony polityką

Oddział zamknięty przepleciony polityką

Zainstalowałem się w Pruszkowie, to lepiej brzmi niż Tworki. Nadal nie mogę dać sobie rady z depresją. Jest więc pomysł elektrowstrząsów. Sam to zasugerowałem lekarzom. Lubię terapie wstrząsowe. Skoro wróg potężny, trzeba iść na całość. W szpitalu jednak nagle czuję się nieźle, więc nie nadaję się na elektrowstrząsy. Gdyby zmienić sposób myślenia i nałożyć różowe okulary, mógłbym uznać, że jestem na leczeniu w luksusowym sanatorium. Mam osobny pokój z łazienką, komputer i książki, piękny park, który zbiera siły, by wybuchnąć wiosną. I jest tu ciekawie – jak na dłoni splot ludzkich losów. Każdy tu niesie w sobie dramat ujawniony przez chorobę.
Jurek – trzy próby samobójcze, w tym dwa razy proszki. I jak bywa w takim przypadku, trzecia próba to było wieszanie się. Dwa paski. Nie miały prawa zawieść, ale jeden pękł i drugi nie dał rady. Jurek skończył tylko szkołę średnią. Ale uwielbia Dostojewskiego, wszystko czytał, również Czechowa, Gogola. Opowiada o literaturze ze znajomością rzeczy. Też ma depresję, to rak duszy – mówi. Po „Faktach” uzgadniamy, że Polacy mają geny przetrzebione przez historię. Wcześniej Antoni Macierewicz – oglądany w Tworkach ma świetną ramę.

*

W pobliżu słychać stukot kół podmiejskiej kolejki, czasami jej krzyk. Niedaleko mała stacja. Stukot kół pociągu zawsze mnie zadomawia. I bicie kościelnych dzwonów. Jest tu kościółek. Korytarz ożywia się. Mariusz o twarzy dużego dziecka. Opowiada tę samą historię co wczoraj. Że wyskoczył z busa pod koła tira, by udowodnić, że Bóg istnieje. I żyje. Więc Bóg istnieje. Mariusz pokazuje mi swoje już zagojone rany na kolanach i łokciach oraz siny bok. A ja, podwójnie niewierny Tomasz, chociaż mogę włożyć palec w jego rany, nie wierzę mu.

*

Mam tu przywilej samotnych spacerów, kościółek, cmentarz żołnierzy września i cmentarz cywilny. Jakaś wrona na balustradzie wcale się mnie nie bała, chociaż byłem tak blisko. Dziwne, że dzikie zwierzę tak się nie boi człowieka. Przedszkole dla dzieci pracowników. Okrzyki dzieci. Pomyślałem o swoim synku Franiu i zupełnie się rozkleiłem. I długo nie mogłem się pozbierać, właściwie do teraz nie mogę.

Spektakl pacjentów o smoku. Pełna widownia, wielu aktorów, jeden przebrany za smoka, jest też ksiądz. Franio i Antoś byliby zachwyceni. Przecież od lat opowiadam im bajkę o smoku, który mieszka w ścianie naszego domu.

*

Leży na łóżku i czyta traktat filozoficzny Bergsona, szczupły, wiotki, subtelny, falujące włosy spadają mu na ramiona. Emil ma ok. 40 lat. Podchodzę do niego. „Pan Tomasz Jastrun – mówi. – Myślałem właśnie niedawno o pana ojcu”. Opowiada, że w książkach chowa się przed życiem. „Ależ pan jest z XIX w.!”, wołam, jakbym dokonał odkrycia archeologicznego. „Tak”, odpowiada i nieśmiało spuszcza powieki. Jak tu trafił? Nie jadł przez miesiąc, bo nie miał pieniędzy. Wielka wiedza literacka, filozoficzna. Nie miał pieniędzy na jedzenie. Bliski śmierci głodowej zadzwonił po pogotowie. Leży w sześcioosobowym pokoju, ale to mu nie przeszkadza, cały jest w książce. Mówi: „Zdaje się, że nadciąga kolacja”. Tak, kolacja nadciąga tu jak burza, ożywia nawet tych, co tylko leżą skuleni na łóżkach, ludzkie tobołki. Ludzie skuleni wokół swojego cierpienia.

Tu prawie wszyscy są po jakichś próbach samobójczych, niektórzy mieli ich kilka. A ja o swojej niemal już zapomniałem. I zupełnie traci ona na znaczeniu w tym samobójczym tłumie. Rozmawiając tu z ludźmi, czuję, jak staniał heroizm samobójstwa.

*

Młody chłopiec o ładnej, dziecięcej jeszcze twarzy leży obok moich drzwi na łóżku polowym. Widziałem, jak z ciekawością zaglądał do mojego „salonu”. Aż mi głupio, że mam luksusowo. Tak mi żal takich młodych ludzi, którzy już na starcie mają problemy psychiatryczne. I boję się o swoje dzieci. Są tu o niebo lepsze warunki niż na Nowowiejskiej, ale generalnie warunki, w jakich działa polska psychiatria, to hańba.

*

Stara kobieta krzyczy, jakby rodziła. Rodzi swój ból, ale to nie ma końca. I tak dzień po dniu.

*

Dostaję „jaskółkę” swojej książki „Osobisty przewodnik po depresji”. Kurier przywozi mi ją tutaj. Jestem przewodnikiem, który zagubił się we własnej depresji. Dziennikarka z telewizji publicznej chciała zrobić materiał o mojej książce i nawet przyjechać tu z ekipą, ale szef jej zabronił. Dziwne, gdyby było inaczej. Jestem na czarnej liście.

*

Kolejna dobra zmiana, całkowity zakaz aborcji – za to zapłacą wysoką cenę. Celny komentarz Magdy Środy. „To bardzo dziwne, że biskupi zza szyb swoich limuzyn i apartamentów otoczonych murami czują wzmożoną empatię właśnie do zarodków, choć nie czują jej wobec zgwałconych kobiet, samotnie wychowujących chore dzieci, wobec dzieci, które przyszły na świat niechciane i które nie są kochane. Zapewne nie chodzi o empatię, nie chodzi o miłość, nie chodzi o cierpienie. Chodzi o władzę”. Jak zawsze? Na przepustce jestem w programie telewizyjnym, mówiąc o proponowanym zakazie aborcji. Używamy słów tak mocnych, że po nich są już tylko czyny. Po programie zamieniam kilka słów z G., jest dyrektorem szpitala. Pewien, że dyrektorów szpitali też będą zmieniać. Celne słowa Jacka Żakowskiego: „Skoro nie wiemy, w jakim stopniu prezes świadomie dokonuje pełzającego zamachu, zachowując tylko pozory legalności, a w jakim stara się sterować kryzysami, które wytwarza jego popędliwe działanie, nie wiemy też, czy realne jest porozumienie, które przywróci ustrój konstytucyjny, czy też jesteśmy skazani na to, by ku praworządności iść długą drogą konfliktów o nieobliczalnych skutkach”.

*

Straszny natłok pacjentów, zajęte korytarze, tak Emil stał się moim współmieszkańcem. Dokwaterowali mi go, ale sam lepiej bym nie wybrał. Czyta teraz książkę o czasie. Nawet łóżko, które niemal styka się z moim, przysposobił sobie w dawnym stylu, by spać w pozycji półsiedzącej. Kiedyś uważano, że tak jest zdrowo. W Stawisku pamiętam łóżko Iwaszkiewicza i jego żony, spali półsiedząc. Emil nie ma depresji, cieszy go każdy ranek. Choroba Emila – nieprzystosowanie do życia i zarabiania pieniędzy.

*

Mam tu jeszcze trzecie oko, polityczne, ale cały czas zmrużone. Widzę, jak sprytnie gra Kaczyński, podpalił Polskę, a teraz zaprasza, by ją wspólnie gasić, też nie wszędzie, tylko tu i tam. Wielu ludzi jest tak przerażonych i zmęczonych tą paranoją polityczną, że to kupi. Może on nie taki zły, ten Kaczyński. Nikt jeszcze nie został pobity, nawet aresztowany, nie jest tak źle. Wyrzucono Grzesia Gaudena z Instytutu Książki. Krzysztof Dudek, dyrektor Narodowego Centrum Kultury, też zwolniony. Nie dostanę więc dotacji na moją książkę o Iwickiej. Czuję się trochę jak w stanie wojennym.

*

„Playboy” pałęta się po oddziale, to pismo zdaje się tu zupełnie aseksualne.

*

Jedną z miar depresji jest reakcja na słońce. Czy zdaje się ono dobrotliwe, jak na rysunkach dzieci, czy odbieramy je takim, jakim jest naprawdę – rozżarzona kula śmiercionośnych gazów, jego blask razi i kaleczy. Z moim współlokatorem świetnie się milczy, nawet godzinami, i to nie jest głupie milczenie, uzgadniamy tylko, że słońce van Gogha to było słońce okrutne, bo malarz cierpiał na depresję.

*

Ma 25 lat, jakoś ładny, słowiańska uroda, mocno zbudowany. Opowiada: „Na mojej wsi mieszka 40 ludzi. Jestem więc z małej wsi, ale mam gen inteligencji”. To prawda. Chce, abym napisał jego biografię. Ma poczucie, że wszystko, co się dzieje na oddziale, przepływa przez jego wolę. To się zdarza w manii. Mówi, że sam się tu zgłosił przerażony swoją mocą. Myślę, jak wielu proroków miało manię.

Inny, mocno zbudowany, sympatyczny facet. Pytam, skąd te mięśnie. Mówi, że uprawiał kulturystykę. Chorobliwie. Walczył o przyrost mięśni, jak anorektyczka zrzuca kilogramy i gramy. Ale od kiedy założył rodzinę, przestał. Pokazuje potężne rozstępy na ramionach, skóra nie wytrzymała takich mięśni. Nic dziwnego, że tak dobrze rozumie tę dziewczynę, która je dużo i urozmaicone potrawy, a prawie jej nie ma, czasami chodzi z kroplówką. Czyli musi jakoś pozbywać się tego jedzenia. Nie ma ciała, tylko skórę. I kości. To jest wstrząsające. I ma ładną twarz o wielkich, czarnych oczach. W stołówce, na stole, na jaskrawożółtym kocu robi jej masaż potężny pacjent, wielki brzuch i ręce jak konary drzewa. Z zawodu fizykoterapeuta. Potem energetyzuje potężną dłonią jej głowę. Wygląda to na jakieś misterium. Ja też bardzo proszę. I zrobił mi masaż gorącymi bochenkami swoich dłoni. Miałem w życiu wiele masaży, ale ten był niezwykły, nie tylko ze względu na miejsce. I ta boska dłoń na czole. Zeszły mi wszystkie bloki i napięcia. Chcę mu płacić, nie godzi się, mówi, że zrobi mi serię dziesięciu zabiegów. Zaczynam się martwić, że wychodzę nazajutrz.

*

Czas płynął tu wolno i gęsto, miałem wrażenie, że byłem tu miesiąc, a to tylko tydzień. Wiele dobrych wrażeń, ludzie pomagają sobie, są ze sobą blisko, nie ma konfliktów, rywalizacji, dominuje naturalność, a nie sztuczność. Czyli jest tu to wszystko, co zniknęło z naszego życia społecznego.

*

Tuż przed opuszczeniem szpitala rozmowa z młodym lekarzem o lekach i terapii, a on sam w puencie kilka słów o tym, co dzieje się w Polsce. I jak straszne to jest dla niego. I że nie przyszło to z zewnątrz, ale wyłoniło się z nas samych jak choroba psychiczna. Biorę się do pakowania komputera, gdy w ostatniej chwili przychodzi mejl od przyjaciela z Toronto: „Wczoraj, brnąc już pod koniec »Europy« Daviesa, znalazłem to: »Demokracja ma sama w sobie niewiele zalet: jest tak samo dobra lub tak samo zła jak zasady ludzi, którzy ją uprawiają. W rękach ludzi liberalnych i tolerancyjnych przyniesie rządy liberalne i tolerancyjne; w rękach kanibali – rządy kanibali«”.

Wydanie: 15/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy