Boki zrywać, panie Wildstein

Reportaże i filmy dokumentalne to najmocniejsza strona telewizji publicznej. Z nich bowiem nienachalnie przeziera m i s j a telewizji; prawdziwa, a nie ta, którą różne typki wycierają sobie jak papierową serwetką pokryte pianą, zaślinione od udzielania moralnych wskazówek usta.
Obejrzałam piękny dokument Jacka Bławuta „Born Dead” opowiadający o niezwykłym eksperymencie krakowskiego domu pomocy społecznej i aresztu śledczego. Jeśli film będzie kiedyś powtórzony, radzę Wam, Drodzy Czytelnicy, go obejrzeć.
Oto Robert, odsiadujący wyrok za kradzieże, dostaje propozycję pracy z dziećmi niepełnosprawnymi. Facet wygląda jak ci, których unikamy jak ognia. Jest bardzo sprawny fizycznie, ma muskuły jak Schwarcy, ciało dziergane w tatuaże i na języku kolczyk; do pracy długie włosy wiąże w kucyk. Wychodzi „spod celi” i zaczyna pracę z dziećmi, z których jedne nie mówią, drugie są ociężałe albo mają nerwice natręctw. Jedna scena przypomina słynną autobusową wyprawę „czubków” w „Locie nad kukułczym gniazdem”. To była wycieczka na stronę wolności. Tu dzieciaki jadą do Krakowa. Robert nie gra gorzej niż aktor Jack N., bo w ogóle nie gra. Zapomina o kamerze, a z wielkim aktorem i jego rolą w „Locie” wiąże go podobna czułość w stosunku do ludzi odmiennych, tu kalekich dzieci. To nie czułostkowość, ale współodczuwanie. Jest to uczucie, jakiego chyba nie zaznał wcześniej od nikogo, a jednak umie je dawać, a także odbierać. Robert wytrzymał do końca eksperymentu. Mówi, że zyskał wewnętrzny spokój. To była udana terapia. Dla niego i dla dzieci.
Chwała ludziom, którzy takie rzeczy wymyślają, chwała psychologom. Teraz ze względu na sprawę Andrzeja S. wypada ujadać na psychoterapeutów, wyśmiewać ich, wrzucać wszystkich do jednego worka z oszołomstwem i zboczeniami. Robią to również felietoniści, którym się wydaje, że nienawiść do wszystkiego, co inne lub słabsze, jest zdrowiem duszy.
Podczas oglądania filmu Jacka Bławuta myślałam o Korwinie M., który obśmiewał olimpiady dla niepełnosprawnych, o Alicji R.-M., która miała dość oglądania „łysych głów” chorych na raka prezenterów telewizyjnych. Zastanawiałam się też, jak to się dzieje, że bliżej mi mentalnie do tatuowanego więźnia niż do inteligenta mającego stały felieton w poważnej gazecie, jaką jest „Rzeczpospolita”.
Gdy przeczytałam felieton Bronisława Wildsteina „Od kolebki po grób – psychologia”, pomyślałam, że to nie jest zwykła felietonowa złośliwość. Napaść na psychologię jako naukę jest teraz modne, śpiewanie w tym chórze też mnie nie dziwi. Machnęłabym na to ręką, bo wiem, że popęd stadny jest silny. Są jednak granice, nieprzesuwalne, jak ta na Odrze i Nysie. Istnieje przyzwoitość inna niż obnażanie genitaliów.
Felietonista Wildstein napadł mianowicie na onkopsychologię. Szyderczym biczem smaga ludzi, którzy nie wiedzą, jak się zachować, gdy ktoś bliski zachoruje na raka, bo „nie odebrali w tej mierze stosownej, potwierdzonej dyplomem edukacji”. On by wiedział, on ma to w małym palcu u nogi! Onkopsychologów przyrównuje do „specjalistów od uzależnienia od pierników i gry w domino”. Bardzo śmieszne, prawda? Boki zrywać!
Panie Wildestein, chciałoby się zawołać, czy pan jest aż tak podły, czy tylko aż tak głupi?! No więc powiem panu, że przechodząc tę śmieszną chorobę, jaką jest rak piersi, nie korzystałam z takiej pomocy, bo tak się składa, że moi bliscy wiedzieli, co robić, a ja starałam się, jak mogłam, ułatwić im życie. Nie chodziłam na spotkania Amazonek, bo tego nie potrzebowałam, ale przez wiele miesięcy, już właściwie dwa lata, jak jestem związana z Centrum Onkologii, spotykałam i spotykam ludzi potrzebujących takiej pomocy jak spękana ziemia deszczu. Znam kobiety, także świetne dziennikarki, które znalazły wsparcie w terapii onkologicznej. Znam wiele rodzin chodzących na warsztaty terapeutyczne, bo sytuacja gromu z jasnego nieba, jakim jest ta choroba, przerosła je.
Spotykam samotnych, a także tych, którzy chodzili na terapię, bo nie mogli się pozbierać po śmierci żony czy męża, których nie udało się uratować. A więc: „Od kolebki po grób – psychologia”. Bardzo śmieszne, boki zrywać! Wyobrażam sobie, jak obśmiałby pan terapię śmiechem, wprowadzoną eksperymentalnie w CO. Przyszedł facet i rozśmieszał te bezpierśne damy. Już słyszę pana oburzony głos: śmieją się za nasze pieniądze! Gdy robiłam ćwiczenia na bloczkach, słyszałam te wybuchy śmiechu i łzy kręciły mi się w oczach, choć nie należę do mazgajek. Psychika jest niezwykle ważna w zdrowieniu, czy tylko w przedłużaniu życia. Lekarze twierdzą, że to połowa sukcesu. A psychika także poddaje się leczeniu.
Co pan na to, panie Wildstein?
Chodzą słuchy, że wrażliwy społecznie B. Wildstein dostanie program w telewizji, bo należy do prawicowo-liberalnej orientacji, która lepiej się zna i sprawdza w telewizji niż lewicowo-totalitarna. Tako rzecze Grzywaczewski. Do prawicowej należałoby dodać jeszcze faszystowską, bo dyktatury faszystowskie istniały wcześniej niż komunistyczne. Orientacja „prawicowo-liberalna” jeździła jednak niedawno z ryngrafem do Pinocheta.
Ktoś musi zniknąć, żeby pokazać się mógł ktoś. „Co pani na to?” musiało zniknąć, bo zgodnie z zasadami prawicowej dyktatury i teorią trzech K, miejsce kobiet jest, wiadomo gdzie. Tak sądzi kolega Grzywaczewski i chyba, co mnie trochę dziwi, także jego koleżanka Dorota W. Podobno chcieli zapobiec gettoizacji kobiet! A ja zamiast całować wyzwolicieli z getta z wdzięczności po rękach, mówię im: pocałujcie mnie… Och nie, broń Boże, tylko nie to!

Wydanie: 34/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy