Kołtun polski

Kołtun polski

Ostatnie posiedzenia komisji śledczych przypomniały nam IV RP. Radosny słowotok Ziobry, z którego wynika, że nie tylko nie czuje się choć trochę moralnie odpowiedzialny za śmierć Barbary Blidy, ale przeciwnie – jest z siebie i swoich ludzi dumny, ba, mając za nic późniejsze ustalenia prokuratury, konsekwentnie miota oszczerstwa pod adresem zaszczutej kobiety. Mówienie o tym sprawia mu najwyraźniej przyjemność, oczy mu błyszczą i śmieją się. Jeśli ktoś miałby trudności z wyobrażeniem sobie bolszewickiego komisarza czasów rewolucji, niech patrzy na Ziobrę. Niech tylko zamiast garnituru wyobrazi go sobie w skórzanej kurtce, w czapeczce z dużą czerwoną gwiazdą i z naganem lub mauzerem w garści. Ten sam błysk oczu, ten sam zapał, to samo przywiązanie do idei i przekonanie o jej bezwzględnej słuszności. I ta pogarda dla wroga…
Przed drugą komisją bohater tabloidów i celebryt, były premier, były ortodoksyjny katolik Kazimierz Marcinkiewicz. Za jego rządów (on naprawdę myśli, że rządził, gdy był na etacie premiera!) nie wydarzyło się nic, co mogłoby wchodzić w krąg zainteresowania komisji. Znaczy się, żadnych nacisków na prokuraturę ani na służby ze strony polityków nie było. W każdym razie on o nich nic nie wie. Co do tego ostatniego zgoda zupełna. Z całą pewnością Ziobro i jego komanda, ani Wassermann, ani tym bardziej Jarosław Kaczyński z niczego takiego przed nim się nie zwierzali. Bo i po co? Co prawda kiedyś, chcąc pobudzić zainteresowanie mediów, mówił, że był podsłuchiwany, ale teraz, w objęciach Isabel, oczarowany jej wierszami, złagodniał, o wszystkim, co było złe, zapomniał.
Nie wiedział, że Ziobro jeździ z prokuratorem i jego aktami wprost do Jarosława Kaczyńskiego, mając w nosie premiera. Nie wiedział, że Ziobro wysyłał Kaczmarka do Jarosława Kaczyńskiego, wtedy też jeszcze nie premiera, by porozmawiać o prokuratorach apelacyjnych i ich pracy i wysłuchać, kto jest „kwintesencją układu” i należy go ścigać. Choć co najmniej pierwsza z tych spraw jest powszechnie znana, nic o niej ekspremier nie wiedział. Swoją drogą, członkowie komisji nie bardzo też wiedzieli, o co i jak Marcinkiewicza pytać.
Zaiste, z ekranów telewizorów za sprawą komisji śledczych powiało IV RP.
Znów chyba wzrosną słupki poparcia dla Platformy. Tej Platformy, która jest bezradna wobec zmowy prokuratorów, których sąd dyscyplinarny nie raczył uchylić immunitetów dla byłych szefów ABW. Bezradna bezradnością komisji śledczych, w których ma większość. Najwyraźniej widać, że łajdactwa IV RP rozliczone nie będą.
Popularność Platformy, powtórzmy ten już truizm, bierze się, po pierwsze, ze strachu przed PiS i powtórką z IV RP. Po drugie, z braku na scenie politycznej realnej alternatywy dla prawicy, lewica bowiem wciąż, mimo pierwszych objawów przebudzenia, jest głęboko podzielona, i to nie ideologicznie czy politycznie, ale towarzysko. Ten nie lubi tamtego, ów ma do jeszcze innego o coś pretensje, ten nie może tamtemu zapomnieć, co tamten zrobił czy powiedział 10 lat temu, a ten znów za często chodzi do telewizji, tamten zaś jest głupi. Ten natomiast jest mądry, więc nie podporządkuje się głupszemu. Niestety takie są dziś główne problemy lewicy!
Nic więc dziwnego, że prawica rządzi sobie spokojnie i rządzić jeszcze będzie chyba długo. To ona w swej platformianej odmianie wiedzie dziś Polskę ku nowoczesności. Czy zawiedzie i dokąd zawiedzie, mam wątpliwości. Pani minister Radziszewska zostaje na stanowisku. Pan premier Tusk przeprowadził z nią rozmowę, ale jej nie odwołał. Pani minister, jak powszechnie wiadomo, najpierw palnęła głupotę w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego”, twierdząc, że katolicka szkoła ma prawo nie zatrudniać nauczycielki lesbijki, dlatego że jest ona lesbijką. Jak widać, dyskryminacja z uwagi na orientację seksualną zasługuje na aprobatę pani minister, której urząd ex definitione ma zapobiegać wszelkiej dyskryminacji i ją zwalczać. Mało tego, broniąc swego stanowiska, Radziszewska brnęła coraz dalej i niestety coraz głupiej. Pokazała tym samym, że nie tylko nie ma pojęcia o standardzie europejskim w zakresie praw człowieka, na straży którego ją postawiono, ale i nie ma kwalifikacji intelektualnych do pełnienia jakiejkolwiek funkcji, całkiem bowiem nie rozumie, co się do niej mówi. Mimo to, mimo powszechnego oburzenia, mimo protestów lewicy i organizacji pozarządowych premier na stanowisku ją zostawił. Nawiasem mówiąc, ku zażenowaniu wielu polityków i jeszcze większej rzeszy sympatyków Platformy. Próbują oni, podobnie jak niektórzy publicyści, racjonalizować działanie premiera. Radziszewską popiera część biskupów i konserwatywne skrzydło Platformy ze świętoszkowatym Gowinem na czele. Tusk podobno nie chce zadrażnień z Kościołem i nie chce awantury wewnątrz partii. Wszystko to być może. Pamiętam jednak, że nie tak dawno pan premier ujawnił swoje podejście do praw człowieka, nieodbiegające od tego, jakie zaprezentowała jego minister. Pan premier, mówiąc o konieczności kastracji chemicznej sprawców przestępstw seksualnych, przytomnie zauważył, że będą przeciwko temu zapewne protestować obrońcy praw człowieka, ale – tu pan premier wyraził wątpliwość – czy tacy przestępcy to ludzie?
Zakwestionowanie godności ludzkiej nawet największego przestępcy jest niezgodne ani z europejskim standardem, ani z etyką katolicką. Nie pamiętam jednak, aby biskupi wtedy tę wypowiedź premiera oprotestowali. Wyrażanie się z lekceważeniem o „obrońcach praw człowieka” w cywilizowanej Europie po prostu nie uchodzi. Nie uchodzi tym bardziej w kraju, w którym w niedalekiej przeszłości prawa człowieka były tak poważnie gwałcone.
Nie ma co udawać, rządzi nami kołtun polski. Krzywdy może, w przeciwieństwie do PiS, nam nie zrobi, ale nie łudźmy się, nowoczesnego kraju z Polski też nie zrobi.

Wydanie: 40/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy