Kroplówka z wody święconej

Kroplówka z wody święconej

Najbardziej żywotną z legend miejskich mojego dzieciństwa była ta o czarnej wołdze. Straszyła nie tylko sprzecznymi informacjami na temat tego, kto do niej porywa dzieci (najczęściej mówiono, że spocony katabas). Wołga jako samochód była już passé, po ulicach błąkała się rzadko, by nie rzec od święta (Pracy), próżno było szukać modelu wołgi wśród zabawek, nie sposób było ją wypatrzeć przez okno. Był to więc pojazd w dwójnasób mityczny, wszyscy mówili „wołga, wołga”, a ja nigdy wołgi nie widziałem.

Aż do czasu pogrzebu starej polonistki, dawnej dyrektorki szkoły, do czasu pierwszego marsza żałobnego, na który mnie zaciągnięto. Wszystkie klasy szły karnie dwójkami do momentu, w którym oczom dziatwy ukazał się karawan – czarna wołga, a jakże. Na jej widok kondukt się rozpierzchł, kto miał blisko do domu, brał ze sobą tych, którzy dojeżdżali, i wialiśmy najkrótszą drogą pod rodzinne dachy, żeby rodzicom naskarżyć: „Przyjechali po nas!”.

Od tamtej pory lata całe stroniłem od ceremonii żałobnych, omijałem zakłady pogrzebowe, nawet kiedy wołgi zostały wyparte przez czarne mercedesy, a moje dzieci dawno już były starsze ode mnie z tamtej cmentarnej przygody. Na wszelkie funeralia katolickie mam podświadomą alergię, pocę się, oddech mi przyśpiesza, zaczynam nerwowo chichotać; wszystkich moich drogich pogrzebanych w tym miejscu przepraszam, teraz już wiecie, czemu nie przyszedłem. Jak zemrze ktoś naprawdę bliski, iść trzeba, ale staram się ulokować gdzieś z tyłu, z boku, byle nie w czole konduktu, byle z dala od rozwartej paszczy czarnego auta, w którym trumna wystawiona szczerzy się i szepcze do mnie memento: „Będziesz następny”. Psy szczekają, karawan jedzie dalej, co komu po moim ataku paniki.

Chowaliśmy niedawno ojca, trzeba było iść w samym czubie z matką pod rękę, podtrzymywać nie tylko na duchu, wszak leciwa. Żeby wytrzymać, wpatrywałem się w drewnianą urnę, wbijałem wzrok w jej harmonijny, symetryczny kształt i jasną, ciepłą barwę. Ojciec dawno nie wyglądał tak dobrze – pomyślałem. „Tato, świetnie wyglądasz”, dodałem półgłosem i dalej już jakoś poszło. Obyło się bez siódmych potów i drżączki. Ach, może z pogrzebem ojca i lęk został pogrzebany, mara odleciała – żywiłem nadzieję przez kilka tygodni, póki się nie wybrałem na przejażdżkę po „sudeckich Bieszczadach”, odległych wioskach Gór Złotych. Jakiś kościółek poniemiecki ładnie mi się wpisał w landszaft, chciałem obejść, żeby zdjęcie zrobić od strony słonecznej – i tu nagle dopadło mnie, wszystkie lęki chmarą się zleciały: jest! Czeka na mnie! To nie koszmar dziecięcy, lecz nowa rzeczywistość! Oto stoi pod kościołem czarny trabant, na dachu ma migoczącego koguta w kształcie biretu, na boku napis „Pogotowie Duszpasterskie”. Fuzja NFZ z Episkopatem? To nie fejk, w Polsce najpierw się dzwoni po księdza, potem po medyka, ostatnie namaszczenie jest ważniejsze niż reanimacja. Ksiądz polski się poczuwa w wielu wymiarach, ma dobre samo-poczuwanie – zadzwonisz, przyjedzie wyspowiadać, na stan zapalny duszy poda Słowo Boże, podepnie kroplówkę z wody święconej i dopomoże rozwiać wątpliwości, na kogo zagłosować. W ciszy przedwyborczej od Odry do Bugu rozlegał się gromki szept w konfesjonałach: „Ojcze, zgrzeszyłem…”. „W ramach pokuty odmówisz koronkę, różaniec i zagłosujesz na PiS”. Że co, sumienie ci nie pozwala? Widać, kopnąłeś się w rachunku sumienia, zrób go jeszcze raz, bo rozgrzeszenia nie będzie. Szach-mat.

Kościół wygrywa wybory w Polsce komu trzeba, to i domaga się zapłaty. Stąd forsowanie specustawy przeciw edukatorom seksualnym cwaniacko przeniesione na powyborcze posiedzenie starego Sejmu. Stąd uchwała potępiająca prześladowanie katolików, jakby co najmniej karmiono nimi lwy w ogrodach zoologicznych. A mnie to tylko bawi, bo moja pierwsza myśl powyborcza wcale nie jest smutna. PiS dało ludowi najtłustszą kiełbasę, dokonało proletariackiej inwersji wartości i hierarchii społecznej (inteligencja wypierdalać, teraz Zenek tańczy na gumnie i jest mu dumnie), do tego dysponowało szczekaczką Kur-wizji i karmazynową mafią szantażującą owczarnię grzechem wyborczym, a mimo to wyrżnęło łbem o sufit. Nachalna, bezprecedensowa agitacja, ordynarny sojusz tronu i ołtarza nie przyniosły oczekiwanych wyników. Szpetne Kaczątko nie dostało nowej zabawki w postaci większości konstytucyjnej, w dodatku straciło ulubioną senacką maszynkę do przepychania ustaw. Został niesmak wśród refleksyjnej części wspólnoty polskich chrześcijan. Kościoły będą pustoszeć jeszcze szybciej.

Wydanie: 43/2019

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy