Jawnobójstwo w świetle dnia

Jawnobójstwo w świetle dnia

Zabójstwa i mordy polityczne, skrytobójcze, maskowane i tajemne, gubiące ślady mocodawców, były oznaką skrajnej patologii władzy. Władzy, która swoje pragnienia zemsty czy rytuały tajnych służb realizowała wbrew uznanym, często międzynarodowym regułom. Lekceważąc je skrajnie, równocześnie wymigiwała się od sprawstwa, od odpowiedzialności. Jeśliby spojrzeć na coś, co nazywamy nierzadko cywilizacją europejską, to jednym z jej filarów, może nie jedynym, ale jednym z tych najważniejszych, było zmieniające się podejście do przemocy w jej kształcie granicznym, czyli do prawa odbierania komuś życia w imieniu grupy, wspólnoty, państwa. Prawo to było coraz bardziej ograniczane. Dość powiedzieć, że obecnie jedynym krajem „europejskim”, w którym wciąż można wykonywać egzekucje, jest Białoruś.

Prawo do uczciwego procesu, do obrony, do zachowania życia niezależnie od popełnionego czynu, prawo do odbycia kary – wszystko to stało się dla nas tak oczywiste, że niemal niewidoczne. Istnieją oczywiście międzynarodowe organizacje, takie jak Amnesty International, które monitorują nadużycia w tych kwestiach, mobilizują do sprzeciwu, kiedy ktoś odsiaduje wyrok za poglądy polityczne albo kiedy grozi mu kara śmierci. Trudno natomiast powiedzieć, że jest dzisiaj jakiś poważny ruch społeczny, który zaprząta sobie głowę tą tematyką. No, chyba że wojna. Ale wojna rządzi się innymi prawami. Ponieważ pacyfizm jest dzisiaj poglądem mniejszości w mniejszości, to lubimy wobec wojny zajmować stanowisko kategoryczne – ci dobrzy, ci źli. Ta wojna jest dobra, bo nasza, nie wymaga żadnych uzasadnień, nie toleruje wątpliwości, nie pozwala na krytykę. Zapominamy o całej nagromadzonej ludzkiej wiedzy, która pozbawia nas anielskich złudzeń. Dobre wojny nie istnieją, co nie znaczy, że nie potrafimy jasno określić agresora, inicjatora, napadającego. Ale agresja militarna, jak ta Rosji na Ukrainę 24 lutego, to sam początek, potem jest już wojna i próby, takie czy inne, dyplomatyczne lub militarne, zakończenia jej albo przeciągające konflikt w nieskończoność, żeby wyczerpać którąś ze stron.

W ostatnich miesiącach, latach, dekadach wręcz, scenariusze dyplomatyczne nie cieszyły się estymą. Zapadały niejawne decyzje nieznanych gremiów – i tak mieliśmy wojnę w Iraku, Afganistanie, Syrii, mamy w Jemenie. Nie pojawiał się pomysł sankcji na USA, blokowania kont, jakiegokolwiek sprzeciwu. Modus operandi Amerykanów przyjmowaliśmy do wiadomości lub ochoczo i afirmatywnie wspieraliśmy (my, tu w Polsce). Milcząco zaakceptowaliśmy wyrzucenie do kosza niepodważalnych reguł prawa wypracowanych przez 2 tys. lat w Europie. To znaczy nie zawsze, bo kiedy farsą stawał się wymiar sprawiedliwości w Rosji, Białorusi czy niekiedy w Turcji – reakcja się pojawiała. Aresztowania dziennikarzy lub sędziów, skrytobójcze zabójstwa kurdyjskiej opozycji, trucie w Wielkiej Brytanii byłych agentów służb specjalnych Rosji, którzy przeszli na dobrą stronę – oburzenie było pełne. Ale spektakl egzekucji na Osamie bin Ladenie czy farsoproces Saddama Husajna i jego uśmiercenie tzw. społeczność międzynarodowa przyjmowała z głębokim zrozumieniem. Tak amerykańska doktryna wojny z terroryzmem weszła w nasze głowy.

Odsłonę tej hipokryzji, dwumyślenia i podwójnych standardów oglądaliśmy w ostatnich dniach, kiedy prezydent Biden pochwalił się precyzyjnym atakiem rakietowym na balkon w Kabulu, na którym przebywać miał Ajman az-Zawahiri, następca Bin Ladena w Al-Kaidzie. Przez 20 lat prowadzenia wojny w Afganistanie nie udało się ani ująć, ani zabić Az-Zawahiriego. Mimo wycofania się z Afganistanu Amerykanie wciąż uzurpują sobie prawo do pozasądowych egzekucji. Gdyby takie działanie podjął jakikolwiek inny kraj, zostałby nazwany terrorystycznym. Ale nie USA.

Mam poważne podejrzenia, że ten czas jawnego stawiania się ponad prawem dobiega końca. Nie wiem tylko, za jaką cenę. Amerykanie równocześnie odgrywają rolę niewidzialnego słonia w pokoju, jeśli idzie o wojnę w Ukrainie. Ale tam są. Nie mając żadnych wątpliwości, że za tą agresją stoi Putin i Rosja, nie mam też żadnych wątpliwości, że zamiast nazywać po imieniu jednego i drugiego aktora wojny, widzimy podwójnie rosyjskiego. I dlatego znaleźliśmy się w najgroźniejszym od 60 lat momencie globalnego konfliktu. Ale to się nie stało jednego dnia. I nie ma co zwalać winy na imperium jednego Zła. Może wystarczy na powrót potraktować poważnie i bez wyjątku reguły naszego świata?

Joe Biden z charakterystyczną emfazą oznajmił po zamordowaniu Az-Zawahiriego, że „ludzie na całym świecie nie muszą się już lękać złowrogiego i zdeterminowanego zabójcy”. Obawiam się, że jest wręcz na odwrót. Tylko nazwisko inne.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 33/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy