Tag "Europa"
Smog
Wracając ze Szwajcarii, dwukrotnie nocujemy po drodze, dzięki czemu zwiedzamy kilka niemieckich miejscowości, w tym Tybingę i Görlitz, chyba najpiękniejsze niemieckie miasto, o którym mało się pisze w przewodnikach, a to tylko półtorej godziny jazdy samochodem z Wrocławia. Miasto puste – nie ma wielu turystów, mieszkańców też coraz mniej i na ogół starsi – wymiera jak całe dawne NRD. Nakręcono tu dziesiątki filmów, bo już stoi gotowa autentyczna scenografia.
W Polsce ulga spożywcza, bo niemal zawsze otwarte są jakieś sklepy, a w Niemczech i w Szwajcarii zamykają się idiotycznie wcześnie. Tam irytujące toalety na postojach i na stacjach benzynowych, bo płatne, gdy u nas darmowe i bywa, że czystsze. Przez tyle lat ku utrapieniu Jerzego Giedroycia, który nie lubił toaletowych tematów, śledziłem w „Kulturze” paryskiej, jak polskie toalety maszerowały do Europy. I doszły. Nasze autostrady nie zostały skazane na remonty, bo są nowe, przez Niemcy – jak poprzednio wspominałem – jeździ się beznadziejnie, ale kultura jazdy jest wyższa. U nas mamy wielu neurotycznych, chamskich kierowców, którzy zachowują się tak, jakby chcieli ciebie lub siebie zabić. Głośne procesy morderców drogowych nic nie pomagają. Wyższe kary za przekraczanie prędkości też niewiele dają. Granice – jakby ich nie było. Nie ma wojowników Bąkiewicza. Wiem, że już tym zanudzam, ale zawsze świeża radość, bo widać, że Polska doskoczyła do zachodniej Europy
Katastrofa w PiS to może być najlepsza polityczna wiadomość polskiego roku 2026. Morawiecki wykazał się mocniejszym charakterem i większymi ambicjami, niż go o to podejrzewałem. Ale nie widać rozłamu programowego, może tylko ta różnica, że Morawiecki, kiedy nie kłamie, co mu się rzadko zdarza, nie chce polexitu. A PiS się waha. Trudno nie doceniać tej różnicy. Coraz bardziej bezradny wszechmocny prezes. Może tylko knuć i knuje, zmienia nagle rozstanie z rozłamowcami w ciągnący się zapewne miesiącami prawicowy
Wojna jako model biznesowy
Kto zarabia na wojnie w Ukrainie i wymianie ciosów na Bliskim Wschodzie?
Te konflikty zmieniły nie tylko mapę bezpieczeństwa w Europie i na Bliskim Wschodzie, lecz także mapę zysków. Dziś zarabiają ci, którzy sprzedają surowce energetyczne, broń, obsługują transport i obiecują zapewnienie bezpieczeństwa. Rachunek za to w coraz większym stopniu obciąża budżety państw europejskich.
W naszej wyobraźni wojna zawsze kojarzyła się z ludzką tragedią, ruinami miast i uchodźcami. Ma ona też drugą twarz, której nie obejrzymy w programach telewizyjnych. To świat terminali gazu LNG, biur maklerskich, rad nadzorczych koncernów zbrojeniowych, wielkich armatorów i banków inwestycyjnych. Tu wojna zmienia się w wyjątkowo silny impuls, który przyśpiesza podjęcie decyzji zakupowych, jest testem wydolności łańcuchów dostaw, motywem do rozbudowy fabryk zbrojeniowych, stoczni, portów i rurociągów. To także niepowtarzalna okazja do zwielokrotnienia zysków.
Warto o tym pamiętać, oglądając zdjęcia z frontów. Bo na naszych oczach nie tylko giną ludzie – dokonuje się także gigantyczny transfer pieniędzy – z jednych państw do drugich, z kieszeni podatników na rachunki wielkich korporacji, od społeczeństw frontowych do tych, którzy stoją z boku – sprzedając im paliwa, broń, amunicję i usługi logistyczne.
W sensie politycznym wojna w Ukrainie i konflikt USA/Izrael-Iran wydają się odrębnymi historiami. Pierwszy z nich to nierozstrzygnięta pozimnowojenna rywalizacja, czyli kwestia granic NATO i ambicji rosyjskiego imperializmu. Druga to kolejna odsłona bliskowschodniego kryzysu, z tymi samymi uczestnikami: USA, Izrael, Iran i monarchie Zatoki Perskiej.
Nowym elementem stała się blokada cieśniny Ormuz, przez którą przechodzi znaczna część transportów ropy naftowej, gazu ziemnego oraz nawozów sztucznych. W sensie gospodarczym obie te wojny to ta sama bajka, w której trzema kanałami płyną ogromne pieniądze. Pierwszy z nich to surowce energetyczne: państwa europejskie odcięte od taniego rosyjskiego gazu i ropy naftowej musiały szybko znaleźć nowych dostawców – Stany Zjednoczone, Arabię Saudyjską i państwa Zatoki Perskiej. Oznaczało to dla nich wzrost kosztów i większe ryzyko przerwania łańcucha dostaw. Drugi kanał to zbrojenia: gwałtowny wzrost zakupów amunicji oraz uzbrojenia przez państwa europejskie, Bliskiego Wschodu i Azji, a także rekordowe wydatki na kosztowne programy budowy oraz produkcji nowych rodzajów uzbrojenia. Trzeci kanał to logistyka i finanse: okazję do zarobku mają dziś armatorzy, wielkie firmy ubezpieczeniowe, sektor bankowy i oczywiście państwa pośredniczące w wymianie handlowej z Rosją.
Bo wojna to nie tylko broń i amunicja. Ropę naftową i skroplony gaz ziemny LNG należy zatankować na statki, ubezpieczyć i dostarczyć do portów. Firmy pośredniczące zarabiają miliardy dolarów na różnicy cen gazu w Stanach Zjednoczonych, Azji i Europie. Na długoletnich kontraktach na dostawy surowców energetycznych zawieranych w atmosferze strachu przed kolejnym szokiem cenowym.
W 1499 r. włoski kondotier Gian Giacomo Trivulzio, pytany przez króla Francji Ludwika XII o przygotowania do wyprawy na Księstwo Mediolanu, miał odpowiedzieć, że „do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze więcej pieniędzy”. Od tamtego czasu nic się nie zmieniło.
Uczyńmy (nie tylko) Amerykę znowu wielką
Nawet jeśli Stany Zjednoczone nie traktowały pośredniego udziału w konflikcie w Ukrainie i ataku na Iran jako projektu gospodarczego, to i tak bardzo na tym skorzystały.
Dla Europy głównym zamiennikiem rosyjskiego gazu stał się amerykański skroplony gaz LNG. Udział zakupów państw naszego kontynentu w jego eksporcie z USA wzrósł z 34% w 2021 r. do ok. 64-69% w 2022 r. W 2025 r., według danych Institute for Energy Economics
Czy bezpłatna plaża stanie się wkrótce luksusem?
Kilkaset osób w milczeniu wspina się stromą drogą prowadzącą przez wzgórza Parku Narodowego Arrábida. Nie niosą transparentów z hasłami wymierzonych w rząd czy deweloperów. Nie protestują przeciwko budowie autostrady, kopalni czy elektrowni. Mijają sosny, wapienne skały i zatoki, które od pokoleń są częścią krajobrazu południowej Portugalii. Wiedzą, że jeśli przegrają, miejsce to już nigdy nie będzie takie samo.
Na pierwszy rzut oka wygląda to jak lokalny spór o fragment ziemi. W rzeczywistości jest symbolem konfliktu, który rozlewa się po całej Europie. Coraz częściej mieszkańcy wychodzą na ulice nie po to, by walczyć o wyższe płace czy niższe podatki, lecz o prawo do korzystania z przestrzeni, która przez dziesięciolecia wydawała się wspólna.
Stawką jest plaża. Ta sama, na której uczyli się pływać jako dzieci, na którą przychodzili z rodzicami i spędzali letnie popołudnia. Dziś obawiają się, że to miejsce wkrótce stanie się częścią luksusowej inwestycji, a dostęp do niego przestanie być oczywisty.
To nie jest wyłącznie portugalska historia. Podobne protesty wybuchają od Atlantyku po Morze Egejskie. W Grecji mieszkańcy walczą z ekspansją prywatnych leżaków, w Turcji protestują przeciw komercjalizacji wybrzeża, w Hiszpanii sprzeciwiają się zabudowie linii brzegowej, a we Włoszech od lat trwa spór o to, czy plaże są jeszcze dobrem wspólnym, czy jedynie dochodowym biznesem.
Coraz częściej przedmiotem konfliktu nie jest samo morze. Chodzi o prawo, by w ogóle móc do niego dojść.
Ręce precz od Arrábidy!
Setki mieszkańców aglomeracji Setúbal protestowały 19 lipca przeciwko temu, co określają jako próbę prywatyzacji fragmentu wybrzeża Parku Narodowego Arrábida. Demonstracja odbyła się zaledwie kilka tygodni po tym, jak Portugalska Agencja Ochrony Środowiska (APA) przed sezonem letnim zapewniała, że „w Portugalii nie ma czegoś takiego jak prywatna plaża”. Jednak zdaniem protestujących rzeczywistość wygląda inaczej.
Marsz zorganizowany przez ruch obywatelski Deslarrrguem a Arrábida! (Ręce precz od Arrábidy!) zgromadził mieszkańców, ekologów oraz polityków różnych ugrupowań. Ich sprzeciw to odpowiedź na działania spółki Palácio da Comenda – właścicieli posiadłości Herdade da Comenda, która domaga się uznania, że tereny graniczące z ujściem rzeki Sado – wraz z plażami Rasca, Comenda, Rainha, Maria Esguelha i Albarquel – powinny zostać uznane za własność prywatną, a nie część publicznej domeny morskiej.
Spór nie dotyczy wyłącznie plaż. Mieszkańcy protestują przeciw stawianiu ogrodzeń, zamykaniu tradycyjnych dróg prowadzących nad morze oraz próbom przejęcia drogi miejskiej nr 1056. „Protestujemy przeciw zamknięciu dostępu publicznego, budowie ogrodzeń i zamiarowi właścicieli Herdade da Comenda,
Chłodne smaki południa
Letnie zupy – orzeźwiają i sycą
W środku lata w jednym z popularniejszych w Polsce hipermarketów znajdziemy prawie 300 różnych owoców i warzyw. Niewykluczone, że jesienią, kiedy rodzimi rolnicy zbiorą kolejne dobra, liczba ta jeszcze się zwiększy.
Przed laty nie kupowaliśmy tego, co nam akurat było potrzebne, ale to, co „rzucili”. Na przykład latem od święta pojawiała się importowana z bratniej Bułgarii papryka. Ale mało kto wiedział, co i jak zrobić z tego egzotycznego wówczas warzywa. Dziś nasza wiedza o warzywnym sezonowym bogactwie jest nieporównywalnie większa niż kilkadziesiąt lat temu.
Ten, kto latem odwiedza naszych południowych sąsiadów, zauważy, że w tamtejszych sklepach wybór owoców, a warzyw w szczególności, jest uboższy niż u nas. Tak jest nawet na Węgrzech, gdzie klimat pozwala na uprawę większej ilości owoców i warzyw. Tamtejsza letnia kuchnia – z niewielkimi wyjątkami – pozostaje głucha na światowe trendy nakazujące ograniczyć ciężkie, mięsne potrawy na rzecz kuchni lekkiej, z przewagą warzyw sezonowych.
Od kilkunastu już lat Polacy przygotowują letnie sałatki z wykorzystaniem niemal całego sklepowego dobra. Powstały i wciąż powstają liczne bary sałatkowe. Ale i w naszej domowej kuchni sałatki warzywne zajmują coraz ważniejsze miejsce. Sałata grecka np. do naszego menu zawitała na trwałe. Warzywa (sezonowe i nie tylko), zazwyczaj w formie wymyślnych surówek, towarzyszą większości naszych potraw.
W gorące dni, których w roku mamy coraz więcej, problemem pozostają zupy. Gotowanie rosołu czy innych polskich zup wymaga stosunkowo długiego czasu. A co za tym idzie – dodatkowego nagrzewania mieszkań pozbawionych najczęściej klimatyzacji. Trudno wszak wyobrazić sobie, by popularne flaczki czy krupnik spożywać na zimno.
Na południu Europy z tym problemem poradzono sobie już dawno. I to nie dlatego, że większość mieszkań chłodzi klimatyzator. Tam także chętnie je się flaczki (np. w Turcji), ale one przypisane są raczej do jadłospisu zimowego. Sezonowość potraw na Półwyspie Iberyjskim czy Bałkańskim to jeden z ważniejszych wyróżników tamtejszej kuchni. To cecha, której w obliczu coraz dłuższych fal upałów warto poświęcić więcej miejsca.
Bułgarska recepta na upał
Chłodnik z botwinki jest smaczną i pełną witamin zupą. Ale w jej przypadku nie obejdzie się bez gotowania i dodatkowego ogrzewania i tak już zbyt ciepłych mieszkań. A gotowanie posiekanych buraczków i dodatków zajmie nam niewiele mniej czasu niż ugotowanie pomidorówki.
W Bułgarii i sąsiedniej Macedonii nie mają problemu z wyborem królowej letnich zup. Od wieków kulinarną palmę pierwszeństwa dzierży tam tarator. To chłodnik, w wersji klasycznej na bazie kwaśnego mleka, mniej lub bardziej rozcieńczonego wodą (skala zależy od preferencji).
Bułgarskie kwaśne mleko (kiseło mljako) jest wyjątkowe. Powstaje z mleka,
Pierwszy dom w Unii Europejskiej
Między Polską a obwodem kaliningradzkim: do życia w takim miejscu można, a nawet trzeba się przyzwyczaić
Z Lizą spotykam się w kawiarni na warszawskich Bielanach. Mieszka w Polsce od ponad 10 lat, po polsku mówi perfekcyjnie. Skończyła w Polsce studia, tutaj wyszła za mąż i pracuje w jednej z korporacji. Z Polską wiąże przyszłość, choć obywatelstwa jeszcze nie ma i, jak mówi, jedna decyzja urzędnika może wywrócić jej życie do góry nogami.
W Kaliningradzie spędziła 17 pierwszych lat życia. Pytam, co przychodzi jej pierwsze do głowy, gdy myśli o swoim rodzinnym mieście. Zastanawia się krótką chwilę i odpowiada: korki. – W Warszawie transport miejski działa dużo lepiej. Czasem aż wstyd jechać gdzieś samochodem. W Rosji nie, tam wszędzie jeździ się swoim autem.
Kolejna rzecz to architektura. Kaliningrad, czy też Królewiec, to Königsberg, przez kilka stuleci najważniejsze miasto i perła niemieckich Prus Wschodnich. Pod koniec II wojny światowej został potężnie zniszczony, najpierw przez alianckie naloty, potem przez oblężenie i szturm Amii Czerwonej. A po wojnie, gdy znalazł się w granicach Związku Radzieckiego, architekturze miasta ostateczny cios zadała nowa władza i nowi mieszkańcy. (…)
Liza najbardziej w mieście lubi rejon swojej szkoły. Tam stare budynki przetrwały w niezłym stanie. Poza tym niedaleko mieszkała jej babcia, okolica kojarzy jej się więc z dzieciństwem. Pokazuje mi na telefonie zdjęcie szkoły. Duży poniemiecki budynek z czerwonej cegły, przed wojną mieścił się w nim szpital. Przypomina mi moją podstawówkę, w której z kolei kiedyś były pruskie koszary. (…)
– Wiesz, w Rosji jest taki mit, że w Kaliningradzie mieszkają Niemcy albo mieszanka Niemców i Rosjan. To zupełna nieprawda. Po wojnie wszyscy Niemcy zostali wysiedleni, a na ich miejsce przyjechały różne narodowości Związku Radzieckiego – zaznacza. Jej własna rodzina w większości pochodzi z Białorusi, dokładnie z okolic Brześcia. Dziadkowie wyemigrowali do obwodu w latach 50. – Przyjechali tam, bo była praca, były możliwości. Puste terytorium, fajny kawał ziemi z dostępem do morza. Jeden dziadek został rybakiem, drugi mechanikiem na rybackim statku. To były w tamtych czasach jedne z lepszych zawodów – opowiada.
Oswajanie pustego terytorium po Niemcach trwało długo. W zasadzie oswoiło go dopiero trzecie, nasze pokolenie. – Moja babcia nigdy nie powie, że Kaliningrad jest jej bliski. To dla niej ciągle coś obcego. Tata, choć tu urodzony, utożsamia się jeszcze jako Białorusin. A przynajmniej pół na pół. Ja już nie. W mojej świadomości jestem Rosjanką z Kaliningradu.
Od białoruskich korzeni zaczęły się kontakty Lizy z Polską. Jako dziecko jeździła na wakacje do rodziny pod Brześciem. Pierwsze wspomnienie z Polski to przesiadka do autobusu na Białoruś na Dworcu Zachodnim w Warszawie. – Rozumiesz, że to nie może być dobre wspomnienie – mówi ze śmiechem.
Faktycznie, autobusowa Warszawa Zachodnia, choć niedawno ruszył jej remont, do dziś nie należy do najprzyjemniejszych miejsc w stolicy. Co dopiero 25 lat temu.
– Potem było już lepiej – dodaje szybko Liza. Ze zdumieniem dowiaduję się,
Fragmenty książki Z widokiem na Polskę, Ringier Axel Springer, Warszawa 2026
Ale jaja!
Jak z polskich supermarketów zniknęły jaja klatkowe i kto za to zapłacił
W pierwszej połowie lipca w prasie niemieckiej pojawiły się informacje, że w sklepach należących do sieci Netto ApS & Co. KG wprowadzono czasowe ograniczenia sprzedaży jajek. Klienci mogli kupić dwa opakowania. Powodem wprowadzenia ograniczeń były problemy z dostawami spowodowane chorobami drobiu. Dla mieszkańców północno-wschodnich landów to duże zaskoczenie.
W polskich mediach społecznościowych pojawiły się pytania, czy i u nas zabraknie jajek. Nie było to nic nowego, gdyż od kilku lat regularnie, zwłaszcza przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą, słyszymy ostrzeżenia, że „w kraju zabraknie jajek”.
14 marca 2025 r. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi wydało nawet komunikat w tej sprawie, przekonując, że „ewentualnie zauważalne braki mogą dotyczyć jedynie jaj pochodzących z chowu na wolnym wybiegu, co może być efektem działań sieci handlowych, które ze swej oferty wycofały jaja z chowu klatkowego”.
Tu dochodzimy do sedna sprawy. W Polsce na półkach sklepowych nie zabraknie jajek – jesteśmy jednym z największych producentów w Europie. Zniknęły natomiast jajka najtańsze, z chowu klatkowego, oznaczone cyfrą 3.
Wolność dla niosek
Wszystko zaczęło się w odległym 1999 r., wraz z dyrektywą Rady Unii Europejskiej, zgodnie z którą od 1 stycznia 2012 r. w państwach UE miała być zakazana hodowla kur w tzw. klatkach bateryjnych. Hodowcy mieli się przestawić na klatki wzbogacone, oferujące każdej kurze co najmniej 750 cm kw. powierzchni. Ten system na lata zdominował rynek. W 2021 r. ok. 80% kur niosek w Polsce utrzymywano w takich klatkach.
Przełom nastąpił 30 czerwca 2021 r., gdy Komisja Europejska pozytywnie odpowiedziała na akcję organizacji broniących praw zwierząt, Europejską Inicjatywę Obywatelską End the Cage Age (Koniec Epoki Klatkowej), pod którą podpisało się 1,4 mln obywateli UE. Komisja zobowiązała się do końca 2023 r. przedstawić projekt wprowadzający zakaz chowu klatkowego kur niosek, świń, cieląt, królików, kaczek, gęsi i przepiórek. Tak się nie stało. Lobbing organizacji reprezentujących w Brukseli rolników był zbyt silny, co jednak nie powstrzymało zmian.
W Polsce w 2012 r. powstało Stowarzyszenie Otwarte Klatki walczące o prawa zwierząt. W następnym roku stowarzyszenie wsparło mieszkańców podwrocławskiej gminy Żórawina, którym udało się zablokować uruchomienie fermy norek. Zajęcie się warunkami chowu niosek było kwestią czasu, zwłaszcza że na Zachodzie nabrała tempa walka z chowem klatkowym.
Gdy Komisja Europejska nie wywiązała się z obietnicy podjęcia inicjatywy ustawodawczej wprowadzającej zakaz chowu klatkowego, organizacje i stowarzyszenia obrony praw zwierząt podjęły rozmowy z politykami w poszczególnych krajach oraz zarządami wielkich sieci handlowych. Powołując się na wyniki badań opinii publicznej oraz względy etyczne, udało im się odnieść sukces w Austrii, w Niemczech i w państwach skandynawskich.
Tą samą drogą poszło Stowarzyszenie Otwarte Klatki.
Gdy próby przekonania naszych polityków nie zakończyły się sukcesem, stowarzyszenie zwróciło się do zarządów sieci handlowych. Przedstawiało im wyniki badań opinii publicznej. A w sondażach 70% Polaków uważało, że warunki chowu kur są ważnym czynnikiem decyzji o zakupie,
Włochy jak Karaiby
Kiedy upalne lato przestaje być rajem
Korespondencja z Rzymu
– O Boże, do Europy nadciąga karaibski klimat… Ale na Karaibach od dawna żyją w takich warunkach i jakoś sobie radzą. My też się do tego przyzwyczaimy, nie umrzemy – stwierdził przewodniczący włoskiego Senatu Ignazio La Russa, komentując falę upałów, która pod koniec czerwca objęła znaczną część Europy i mocno dotknęła Półwysep Apeniński. Słowa drugiej osoby w państwie wywołały burzliwą dyskusję. Dla jednych były wyrazem zdrowego rozsądku, dla drugich – niebezpiecznym uproszczeniem. Krytycy podkreślali, że zmiany klimatu to nie tylko wyższe temperatury, ale i susze, gwałtowne burze, pożary oraz rosnące straty gospodarcze.
Liczby nie pozostawiają wątpliwości – czerwcowa fala upałów miała historyczną skalę. Choć pierwsza połowa miesiąca była chłodniejsza, w drugiej temperatury w wielu regionach przekraczały normę o 7-9 st. C. W Mediolanie i Turynie padły rekordy czerwca – niemal 38 st.
30 czerwca aż 25 włoskich miast objęto najwyższym stopniem ostrzeżenia przed upałami – bollino rosso. Czerwony alert ogłaszany jest, gdy ekstremalne temperatury utrzymują się przez kilka dni i nocy, stwarzając zagrożenie dla całej populacji.
To najwyższy poziom w czterostopniowym systemie ostrzeżeń Ministerstwa Zdrowia. I rzeczywiście w wielu miejscach również noce pozostawały wyjątkowo gorące, uniemożliwiając organizmowi regenerację.
Rekordowe zużycie energii przez klimatyzatory przeciążyło sieć elektroenergetyczną. W Turynie, Mediolanie i Neapolu doszło do lokalnych blackoutów. Jednocześnie temperatura mórz otaczających Włochy osiągała 27-28 st., miejscami nawet o 6 st. przekraczając średnią sezonową.
Ekstremalne temperatury odnotowano w całej Europie. W hiszpańskim Andújar 45,1 st. C, w Bordeaux 42 st., w Rzymie ponad 40 st., w Czechach 40,6 st., w Niemczech 41,5 st., a w Polsce – w Słubicach – 40,5 st., najwyższą temperaturę w historii oficjalnych pomiarów. Według Światowej Organizacji Zdrowia w ciągu jednego tygodnia fala upałów mogła się przyczynić do ponad 1,3 tys. zgonów.
Klimatolodzy podkreślają, że jeszcze pół wieku temu tak silna fala gorąca już w czerwcu byłaby niemożliwa. Dziś wyzwaniem jest więc nie samo przyzwyczajenie się do wyższych temperatur, lecz dostosowanie miast, ochrony zdrowia, energetyki i gospodarki do nowej rzeczywistości klimatycznej.
A to dopiero początek
Przed nami jeszcze sierpień, który budzi coraz większe obawy. Włosi analizują już dane z ubiegłego roku i tworzą nową klasyfikację. Raport Krajowego Systemu Ochrony Środowiska (SNPA) pokazuje, że 2025 był kolejnym rekordowo ciepłym rokiem i zapowiedzią tego, z czym kraj zmierzy się w 2026. To,
Jak długo wytrzymamy?
By złagodzić tylko wzrost cen surowców energetycznych, Europa będzie musiała wydać ponad bilion euro
Gdy w lutym 2022 r. rosyjskie kolumny pancerne przekroczyły granicę Ukrainy, europejska gospodarka weszła w tryb, którego nie pamiętała od lat 70. XX w. – taki, w którym cena bezpieczeństwa staje się pozycją w budżecie każdego z nas.
Trzy lata później, gdy w 2025 r. atak USA i Izraela na Iran zdestabilizował transport ropy naftowej i skroplonego gazu ziemnego przez cieśninę Ormuz, Europa otrzymała drugi rachunek – tym razem wystawiony przez sektor naftowy.
„44 dni, 22 mld euro – i ani jednej dodatkowej cząsteczki energii. To pokazuje ogromny wpływ, jaki ten kryzys ma na naszą gospodarkę”, oświadczyła 13 kwietnia br. przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Był to komentarz do wzrostu cen surowców energetycznych dla europejskich odbiorców i jeden z rzadkich momentów, gdy poważny polityk powiedział, w czym rzecz. Bo koszty wojen – w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie – to temat niechętnie podejmowany przez liderów państw naszego kontynentu.
Wyjątkami byli ówczesny premier Węgier Viktor Orbán i premier Słowacji Robert Fico, którzy przeciwstawiali się wydawaniu pieniędzy europejskich podatników na potrzeby Ukrainy. W Niemczech o kosztach tych konfliktów mówią politycy Alternatywy dla Niemiec, a we Francji liderka Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen. I nie ma czemu się dziwić. Gospodarka niemiecka, największa w Europie, od roku 2022 znajduje się w kryzysie. Z kolei Paryż boryka się z ogromnym zadłużeniem i wysokim deficytem budżetowym – w tym roku przekroczy on 5,8% PKB, co plasuje Francję w czołówce najbardziej zadłużonych państw UE.
Wysokie ceny ropy naftowej i gazu ziemnego zdusiły wzrost gospodarczy w Europie i zmusiły rządy do wprowadzenia kosztownych programów osłonowych, a choć ostatnio notowane są spadki, miną miesiące, nim sytuacja wróci do normy. Pod warunkiem, że wojna w Zatoce Perskiej nie wybuchnie na nowo.
Koszty idą w biliony
W przypadku Europy podstawą kosztu wojny w Ukrainie był szok gazowy. Gdy kryzys osiągnął apogeum, w sierpniu 2022 r., ceny gazu na holenderskiej giełdzie TTF przekroczyły 350 euro/MWh. Był to poziom przeszło 10-krotnie wyższy od średniej sprzed pandemii.
Uzależnione od rosyjskiego surowca kraje kontynentu – niemal 40% dostaw pochodziło ze Wschodu – w ciągu kilku miesięcy musiały przebudować całą architekturę zaopatrzenia, sięgając po droższy, skroplony gaz ze Stanów Zjednoczonych i Kataru.
Na szok energetyczny rządy europejskie odpowiedziały bezprecedensowym pakietem osłon: dopłatami do rachunków gospodarstw domowych, obniżkami podatków od energii, mrożeniem cen i transferami środków do osób najuboższych. Najbardziej spektakularny był niemiecki „parasol ochronny” o wartości 200 mld euro, ogłoszony jesienią 2022 r. Jego skala wywołała napięcia wewnątrz Unii – mniejsze i uboższe państwa nie mogły sobie pozwolić na równie hojne osłony, a to groziło zaburzeniem konkurencji na jednolitym rynku.
Bruegel AISBL, międzynarodowy think tank ekonomiczny z siedzibą w Brukseli,
Narwa – tu zaczyna się Europa
Przypadek Narwy i Iwangorodu leżących na styku Estonii i Rosji jest wyjątkowy. Kiedyś zwarty organizm, dziś – dwa odrębne światy
Korespondencja z Estonii
Cieszyn, Zgorzelec, Słubice. Miast leżących na terenie dwóch krajów mamy w najbliższym otoczeniu sporo. Przed 1989 r. do czeskiej części Cieszyna czy do NRD-owskiego Görlitz wcale nie było łatwo się dostać. Dziś, dzięki Schengen, po stronie czeskiej i niemieckiej możemy pospacerować, kiedy tylko chcemy.
Także na zachodzie Europy znajdziemy miejscowości jedną nogą w jednym, a drugą w drugim kraju. Takim przypadkiem jest Baarle-Hertog-Nassau leżące pomiędzy Belgią i Holandią. Historia jego osobliwości sięga czasów średniowiecza, kiedy działki na tym terenie dzielono między lokalne rodziny arystokratyczne. Jednak zarówno tę miejscowość, jak i polskie miejskie organizmy sąsiedzkie rozdzielają kraje będące dziś politycznie, gospodarczo i militarnie po tej samej stronie.
Przypadkiem najbardziej zbliżonym do Narwy-Iwangorodu jest leżąca na styku greckiego (południowego) i tureckiego (północnego) Cypru Nikozja, z granicą przebiegającą przez środek miasta. Tam z kolei granica nie rozdziela państw, które znalazły się w różnych systemach wojskowych, bo i Turcja, i Grecja są członkami NATO.
Jedno miasto, wiele światów
Nie ma obecnie w Europie drugiego, położonego w dwóch krajach, tak newralgicznego politycznie i militarnie miasta. Estońska Narwa i leżący po drugiej stronie rzeki rosyjski Iwangorod są zaiste wyjątkowe. 90% mieszkańców Narwy – najdalej na wschód wysuniętego miasta UE – to osoby rosyjskojęzyczne. W dużej mierze jest to efekt rusyfikacji miasta – po 1945 r. władze ZSRR przesiedlały tu Rosjan z głębi kraju. Kto wybiera się do Narwy, musi sobie przypomnieć język rosyjski ze szkoły. Młodsi mają gorzej, bo angielski w Narwie, w przeciwieństwie do stołecznego Tallina, raczej nie będzie tu użyteczny. Miasto jest dość rozległe, choć mieszka w nim tylko ok. 52 tys. osób. Nie powinno nas to zniechęcać, starsi mieszkańcy pięknym językiem Tołstoja, zawsze bardzo uprzejmie, wskażą drogę każdemu zabłąkanemu turyście.
Ze strategicznego znaczenia tego miejsca już w połowie XIII w. zdawali sobie sprawę Duńczycy, którzy na skale, nad wartko płynącą w tym miejscu rzeką Narwą wybudowali twierdzę – Zamek Hermana. Na drugim brzegu Narwy, ok. 100 m od estońskiej dziś twierdzy, Rosjanie pod koniec XV w. postawili swoją potężną warownię – Twierdzę Iwangorodzką. To strategiczne położenie Narwy-Iwangorodu powodowało, że w okolicach twierdz przetaczały się liczne konflikty zbrojne: m.in. wojny inflanckie w XVI w., wojna północna z XVIII w. oraz wojna estońsko-bolszewicka 1918-1920. W wyniku tej ostatniej całe miasto, po obu stronach rzeki, znalazło się w rękach estońskich. Podczas II wojny światowej i Niemcy, i Sowieci zrównali Narwę-Iwangorod z ziemią.
W 1945 r. miasto stało się częścią ZSRR, z tym że lewobrzeżna część należała do Estońskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, a prawobrzeżna – do Rosyjskiej FSRR.
W przełomowym roku 1991, kiedy Estonia wybiła się na niepodległość, Most Przyjaźni usytuowany pod twierdzami stał się mostem granicznym dla całkiem sporego wówczas ruchu samochodowego. A mała stacja kolejowa z wielkim napisem Wokzał (dworzec) stała się stacją graniczną. I międzynarodową. Intensywny ruch samochodowo-kolejowy na moście odbywał się do 2022 r. Początek pełnoskalowej wojny w Ukrainie spowodował jego wygaszanie. Ostatecznie na Moście Przyjaźni (nikt oficjalnie nie zmienił tej nazwy), do którego po stronie estońskiej prowadzi Bulwar Petersburski, Estończycy ustawili blokady przeciwczołgowe i podwyższyli i tak już wysokie ogrodzenia nad poręczami. Niemożliwy – choć most wciąż stoi i przebiegają przez niego tory – stał się przejazd koleją z Estonii do Rosji, np. do oddalonego o ok. 150 km Sankt Petersburga. Otwarte pozostało jedynie przejście dla pieszych. Korzystają z niego głównie mieszkańcy Narwy-Iwangorodu, którzy odwiedzają rodziny i przyjaciół oraz palą znicze, a właściwie cienkie prawosławne świeczki, na cmentarzach po obu stronach granicy. Granicy, która podobnie jak warownie wzniesione swego czasu po obu stronach rzeki, także zaczęła odgrywać rolę trudnej do zdobycia twierdzy.
Sama Narwa, a tym bardziej znajdujący się po drugiej stronie rzeki Iwangorod z pewnością nie są pięknymi miastami. Zabudowa z czasów stalinowskich, a także widok opuszczonych budynków początkowo mogą zniechęcać. Zupełnie inaczej jest nad rzeką, gdzie potężne twierdze po stronie estońskiej i rosyjskiej zdają








