Oddać życie

Oddać życie

Zaprzysiężenie Frania na ucznia. Beznadziejna uroczystość. Ciężka, ponura, sztywna, bogoojczyźniana. Podobne uroczystości były w mojej szkole w latach 60.

Gdy maluchy śpiewają nasz hymn, jeszcze wyraźniej widać jego wzruszającą archaiczność, z szablą, z Bonapartem i tym „z ziemi włoskiej do Polski…”. Dzieci recytowały też słynny katechizm polskiego dziecka „Kto ty jesteś? / Polak mały”. Najlepsza jest końcówka:
– A w co wierzysz?
– W Polskę wierzę.
– Coś ty dla niej?
– Wdzięczne dziecię.
– Coś jej winien?
– Oddać życie.

Siedzę samotnie przy stoliku w hotelowej restauracji w Drezdenku. Niewielkie miasteczko. Zamawiam zupę tajską i jest świetna. To kolejny znak rewolucji gastronomicznej, jaka się dokonała w Polsce i dotarła nawet na daleką prowincję. W Drezdenku mam wieczór autorski, w podziemiach pięknego neogotyckiego kościoła o wieży górującej nad okolicą. Jak zawsze w małych miasteczkach spotykam ludzi jakoś do siebie podobnych. Nie są regułą, są wyjątkiem. To polski inteligent. Zawsze jednako przerażony i oburzony tym, co się dzieje w kraju. Polska inteligencja, śmiertelny wróg PiS. Mamy przecież plemienne postrzeganie narodu, w którym inteligencja się nie mieści. Celem i ideałem PiS jest prosty człowiek, za którego przemawia partia. On własnego rozumu nie ma, jego rozumem jest PiS. To wszystko już było w latach 40. i 50. Jadwiga Staniszkis, która nagle przejrzała na oczy, a wiele czasu jej to zajęło, mówi, że przypomina jej to lata 40. Takie skryte i przebiegłe demolowanie instytucji demokratycznych. Po moim wieczorze poetyckim spotkanie z księdzem H.

Bardzo nieklerykalny ksiądz. Mówi: „Moi przełożeni nie czytają”. Jest kapelanem w tutejszym szpitalu. Myślę: trudno o bardziej dramatyczną duchową pracę.

Nazajutrz mały spacer po miasteczku, idę pod prąd deszczu, który zacina w twarz. Miasto ma potencjał na urodę, ale niewykorzystany. Są aż cztery place, na największym, Wileńskim, kładziona jest nowa nawierzchnia, będą bodaj fontanny, ale prace podobno utknęły na amen. Na tym rynku niektóre domy w strasznym stanie. A stawiany tam niski, szpetny pawilon, zupełnie nie w skali okolicznych budynków, to zbrodnia architektoniczna. Wszyscy miejscowi narzekają na władze miasta. Teraz widać od razu, czy miasto ma dobrego gospodarza. Wystarczy pójść na spacer.

Jak każda formacja o zapędach totalitarnych PiS zmienia znaczenie słów, zatruwa język. Już nie będzie donosiciela, będzie sygnalista. To patriota, który informuje o nadużyciach, o korupcji w swoim miejscu pracy. Tworzone są też poręczne frazy, których potem używa się na poczekaniu. Ostatnio modny jest termin „totalna opozycja”. Ja bym się raczej upierał, że ona bez charyzmy i wątła. Nie byłaby totalna, gdyby siedziała cicho. To ona winna, że pan Piotr popełnił samobójstwo przez samospalenie na znak protestu przeciwko niszczeniu demokracji. Totalna opozycja namieszała mu w głowie. Napisał pożegnalny manifest, z którym się utożsamiam. Nie ma wątpliwości, że dokonując tego aktu, był przy zdrowych zmysłach. Nie jestem już młody i pewnie dlatego staję się coraz bardziej sceptyczny wobec oddawania życia za sprawę, nawet szlachetną. Historia potem mówi, że nie było warto. Co nie umniejsza heroizmu takiego aktu. Bohater mojej ostatniej powieści kupuje benzynę i szykuje się, by odebrać sobie życie, w podobny sposób i w tej samej sprawie. Musiało to jednak wisieć w powietrzu, skoro coś takiego przyszło mi do głowy. Józef Tischner pisał: „Mnich buddyjski dokonując aktu samospalenia, decydował się na ofiarę pełną bólu. Chciał w ten sposób krzykiem swoim ogłosić, że ma coś bardzo ważnego do powiedzenia. Nic na świecie tak nie boli jak oparzenie”. Media liberalne zdumiewająco mało mówiły o tym samobójstwie, podobnie politycy opozycji. Jakby byli zakłopotani wydarzeniem. Nie mieli takiego problemu publicyści prawicowi. Z tekstu Michała Karnowskiego: „Ależ się cieszą z tej śmierci. Ależ na nią czekali. (…) Skarbnik partyjny wspólnie z Sorosem już kombinują, ile będzie kosztowała szopka, którą zrobią z pogrzebu”. W podobnym tonie mówił Rafał Ziemkiewicz: „Troszkę psuje całą narrację, że on jednak przeżył. Troszkę się tu śmialiśmy z tego samospalenia”. Rzeczywiście, rechot Ziemkiewicza i Karnowskiego są tu na miejscu. Byłbym niespokojny, gdyby zareagowali inaczej.

Ta śmierć, najpierw zmilczana, dopiero z czasem zaczyna sobie torować drogę do naszych sumień i oświetla je płomieniem.

Wydanie: 45/2017

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy