Reasumpcja po staropolsku

Reasumpcja po staropolsku

Kto nigdy nie reasumpcjonował, niechaj pierwszy rzuci kamieniem w marszałkinię Witek, w sensie oczywiście biblijnym… nie, nie, stop, bo tam naprawdę z bardziej błahego powodu potrafili ukamienować. Chodzi o to, że można krytykować, niekoniecznie rzucając kamieniem czy pchając posła Sośnierza (poseł pchnięty, czyli zlinczowany, czekamy na wjazd policji do pchacza, byle mu nie siadali we czterech na klatce piersiowej, bo będzie jak w Lubinie).

Intensywność polityczna ostatnich dni: wygnanie Gowina, wygranie strajku w Parocu w Trzemesznie, przepchnięcie lex TVN kolanem, a bardziej wypełnianiem srebrnikami kieszeni kukizowców, wbrew wszystkim i wszystkiemu oprócz sojuszniczych sił na Węgrzech,  w Turcji i w innych autorytaryzmach prawicowych na świecie (jak to z tą Rosją – nie wiem, gubię się, nieufny jestem), daje pole do popisu (w znaczeniu tradycyjnym, a nie partyjnym POPiS-u) publicystycznego. Można rozważać wpływ zdrowia psychicznego przywódcy na realną politykę, można analizować natężenie konfliktu z USA wobec próby zmaltretowania czy przejęcia bądź co bądź amerykańskiego (właścicielsko) biznesu, jakim jest obecnie TVN (Discovery). Czy kiedy PiS zabierze medialne zaplecze opozycji liberalnej, to jankesi przerzucą trochę czołgów do Rumunii, czy przestaną sprzedawać albo podniosą ceny części zamiennych do F-16, tak że myśliwce ani nie odlecą, ani nie wylądują, czy jeszcze coś? Nie wiem, nie znam się, poczekam z komentarzem.

Najbardziej mnie porusza językowy wymiar tej katastrofy parlamentarnej, który obserwuję od dawna – tworzenie, wdrożenie i używanie języka sztucznego, napuszonego, pełnego patosu, który ukrywa rzeczywisty wymiar działań. Tworzą takie „języki” zastępcze środowiska i branże zawodowe, grupy interesów, hobbyści, lobbyści. Mają swój język myśliwi, teoretycznie po to, żeby precyzyjnie oddać swoją miłość do zwierząt i przyrody, czyli wszechmocne panowanie nad światem nieludzkim – zabijanie zwierząt, ich męczarnie, cierpienie, ból nagle znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie ma w języku myśliwych krwi – jest farba, nie ma śmierci, nie ma dorzynania rannych zwierząt. Podobnie z policją i jej językowymi wygibasami, kiedy trzeba opisać rodzaj i natężenie przemocy fizycznej, której policjanci użyli wobec kogoś zatrzymywanego. Język ujawnia i skrywa, jest giętki, naginany, molestowany. Język jest też jakoś bezbronny wobec nas – gwałcących go. Udzielałem ostatnio krótkiej wypowiedzi o miejscu i prawie do istnienia wulgaryzmów w mediach, tekstach dziennikarskich. Broniłem ich prawa do istnienia w przekazie, ponieważ wulgaryzmy są ważną i nieusuwalną częścią ludzkiej komunikacji i ekspresji. Wulgaryzmy istnieją realnie, wybrzmiewają, są jak przyprawy w potrawie, konieczne, bo nadają smak, ale trzeba wiedzieć, ile ich dodać. Żeby nie przepieprzyć. I są mniej groźne dla naszego dobrostanu społecznego od owych „farb” czy parlamentarnych „reasumpcji”.

Przyjrzyjmy się uważniej i z bliska temu, co znaczy owo pięknie, trudno, starodawnie, niemal religijnie brzmiące słowo. Jak pozorem prawnego majestatu pudruje fakt nagiej przemocy politycznej, bo naszych było za mało do podniesienia ręki i naciśnięcia przycisku. Z reasumpcją na ustach głosujemy raz jeszcze, jeszcze raz. Do skutku. Nie pierwszy raz za tej władzy. Słowo reasumpcja buduje fałszywe alibi dla prawdziwego nadużycia. Bo wciąż trudno tak w oczy powiedzieć: ważne są tylko te głosowania, które wygrywa strona rządząca. Jeśli przegrywa, będziemy głosować do skutku.

Bo cóż znaczy owa reasumpcja? Jest to słownikowo zapożyczenie z łaciny opisujące pewien prawny trik, polegający na sprawnym, szybkim skorygowaniu błędu podczas procesu stanowienia prawa na różnych poziomach. Ma to swój sens i rację bytu. Problem w tym, że głosowanie przegrane z powodu braku odpowiedniej liczby głosów poselskich nie jest takim błędem, który pozwala uruchomić procedurę ponownych głosowań. Błąd polityczny (brak większości, „niepoliczenie się”) nie jest błędem regulaminowym, czymś, co dzięki owej „reasumpcji” pozwala przegłosowywać do skutku. Ale oczywiście nie dla PiS i nie dla Kaczyńskiego.

Taką próbę reasumpcji pokazywał już film „Sami swoi”, gdzie jadącemu do sądu bohaterowi matka wręcza granat ze słowami: „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Jest więc pisowska „reasumpcja” takim granatem i co możemy zrobić? No prawie nic. Możemy przywołać słowa realnie opisujące to, co się stało: oszustwo, nadużycie, przestępstwo legislacyjne, naruszenie obowiązującego prawa w formie regulaminu Sejmu. To zatem czysta polityczna bandyterka, a nie żadna „reasumpcja”. I przyjdzie pani marszałkini za to odpowiedzieć. Bez reasumpcji.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 34/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy