Zły polityk

Dobry polityk wie, jaki jest potencjał jego kraju, wie, jaki jest potencjał jego przeciwników, potrafi ocenić skutki swych działań i czuje ciążącą odpowiedzialność. Z punktu widzenia tej definicji dobrym politykiem nie jest prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili, który wywołał niepotrzebną wojnę. Przegrał ją, sprowokował interwencję Rosji, przyczynił się do śmierci kilkuset swoich rodaków. Ale to nie koniec gruzińskich nieszczęść. Kraj ten aspirował do NATO – dziś trudno sobie wyobrażać, by ktokolwiek (może poza Polską) chciał Gruzję tu przyjmować. Jeszcze bardziej ponuro brzmią prognozy gospodarcze – kto dziś zainwestuje w państwie niestabilnym, z płonącymi granicami, po którym jeżdżą obce czołgi? Niepewna jest też polityczna przyszłość samego Saakaszwilego. Bo kto będzie traktować poważnie polityka, który gra tak źle, którego cały Zachód musi wyciągać za uszy z tarapatów?
Na przykładzie gruzińskiego prezydenta jak na dłoni widać, czym może się zakończyć polityka złudzeń. Przekonanie, że jak ma się na swoim terytorium stu amerykańskich żołnierzy, to można bezkarnie prowokować Rosjan. Bo Ameryka zawsze obroni. I że chcieć – to móc.
Niestety, to także cechy prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w momencie gruzińskiego kryzysu wybrał się do Tbilisi. I tam, na wiecach, urągał Rosji. Co osiągnął? On twierdzi, że wzmocnił Saakaszwilego. Czyżby? Czyżby po wizycie Kaczyńskiego Rosja wycofała się z Kaukazu? Przestraszyła się jego słów? Prawda jest taka, że gruzińskiego prezydenta przy politycznym życiu utrzymują Amerykanie, a przede wszystkim Unia Europejska, która narzuciła obu stronom rozmowy i pokojowy plan.
W tym kontekście zachowanie Kaczyńskiego okazało się mało roztropne. Dodajmy, że jeszcze w Tbilisi atakował reprezentującego Unię Europejską prezydenta Francji za to, że jego plan jest za mało wygodny dla Gruzji. Tym samym okazał się pierwszym rozbijającym jedność Europy. Co gorsza, znów postawił Polskę na obrzeżach Unii. Polska, zamiast budować jedność i wspólny front państw UE, znów postawiła się w roli awanturnika, wołającego \”albo się mnie słuchacie, albo będę przeciw!\”. Nie dziwmy się więc, że na Polskę już mało kto zwraca na Zachodzie uwagę. Tam kryzys gruziński rozwiązują Nicolas Sarkozy i Angela Merkel. Taka jest skuteczność Kaczyńskiego. A przecież jeszcze nie tak dawno, gdy w Kijowie wygrywała pomarańczowa rewolucja, przewodnikiem polityków Unii na Ukrainie był polski prezydent Aleksander Kwaśniewski.
Lech Kaczyński, bezsilnie wymyślając Rosjanom, zamknął sobie jeszcze jedne drzwi. Te na Wschód. On sam twierdzi, że to nieprawda, że trzeba było głośno powiedzieć, że Rosja odbudowuje imperium. No cóż – to, że Rosja odbudowuje imperium, widzi każdy. To banał, który nawet szkoda powtarzać. Od prezydenta należałoby raczej oczekiwać pewnej wizji, umiejętności rozwiązywania problemów, a nie urągań. Słów męża stanu, a nie partyjnego agitatora. Chciałoby się go widzieć w gronie największych, a nie gdzieś nadąsanego, dygocącego z emocji, nic nierozumiejącego, w kącie. Ale, zdaje się, za wiele od prezydenta RP wymagam…
PS Choć trzeba przyznać, że w dniach gruzińskiego kryzysu Lech Kaczyński osiągnął jeden sukces – zepchnął w cień szefa MSZ, Radosława Sikorskiego, i premiera Donalda Tuska. Polska-PiS 0:1.

Wydanie: 34/2008

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy