Fakty kłamią

Fakty kłamią

Pierwsze reakcje warszawskich czynników rządowych na objęcie władzy w Kijowie przez Wiktora Janukowycza były roztropne. Oświadczono, że Polska będzie popierać prozachodnie dążenia Ukrainy niezależnie od tego, kto tam będzie rządził. Tak trzymać! Jak to fakty dokonane potrafią pięknie otrzeźwić nawet polski rząd! Jeśli mamy z tych faktów wyciągnąć ogólniejsze wnioski, powinniśmy od czasu do czasu przypomnieć sobie, co Polska partyjna, medialna i rządowa wyczyniała podczas ostatnich wyborów prezydenckich na Ukrainie. Janukowycz był osławiany jako fałszerz wyborów. Upłynęło dość czasu i każdy zainteresowany mógł już dowiedzieć się, że w drugiej turze, tej zakwestionowanej i unieważnionej w końcu, fałszowały obie strony, ale nie bardzo, i wynik był mniej więcej prawdziwy. Wielkiego fałszerstwa dokonano dopiero w „trzeciej turze”. Nawale propagandowej „pomarańczowych” towarzyszyło zastraszanie zwolenników Janukowycza i grożenie urzędnikom, że jeśli w ich rejonach Juszczenko przegra, to zostaną pociągnięci do odpowiedzialności za sfałszowanie wyborów. O oszustwach, których „dopuszczały się lokalne władze na Zachodniej Ukrainie popierające Juszczenkę”, i „przypadkach bezceremonialnego zastraszania przez zwolenników Juszczenki urzędników zatrudnionych przy wyborach” pisał w listopadzie 2004 r. John Laughland w brytyjskim czasopiśmie „The Spectator” (przedruk w „Forum”). Po wyborach aresztować chciano Janukowycza; wezwanie do prokuratora przesłano mu przez… internet. Ten pomysł, aby uwięzić polityka, na którego oddano 44 procent ważnych głosów, ukraińskim demokratom dyskretnie wyperswadowali Amerykanie. Jednak do dziś co radykalniejsi „pomarańczowi”, a także niektórzy polscy dziennikarze wyrzucają Juszczence, że nie rozprawił się, kiedy mógł, ze swoim rywalem środkami prawa karnego.
Janukowycz, o którego względy nasza dyplomacja będzie musiała zabiegać, podczas „pomarańczowej rewolucji” był przedstawiany jako pupil Putina, wróg demokracji i niepodległości Ukrainy. Sama ta rewolucja miała być walką Dobra ze Złem, wolności z przemocą, demokracji z dyktaturą. Takim obrazem oszukano młodzież, która pojechała do Kijowa przekonana, że będzie się tam wyzwalać naród ukraiński spod rosyjsko-sowieckiej niewoli. Kombatanci „Solidarności” z Wałęsą na czele też odegrali swoją komedię, która zresztą i za pierwszym razem nie była tragedią.
Czy polska polityka wschodnia odniosła na Ukrainie sukces, czy poniosła porażkę? Już zwracałem na tym miejscu uwagę, że jest ona w swoich założeniach do tego stopnia fikcyjna, że nigdy nie będzie wiadomo, co jest sukcesem, co porażką, a co klęską. Prozachodnia orientacja Ukrainy jest naturalna i wcale nie potrzebuje polskiego poparcia. Jaka inna może być, skoro Rosja ma już ściślejsze związki polityczne i gospodarcze z Zachodem niż Ukraina. Janukowycz nie wygląda mi na człowieka, któremu można coś wmówić, i nie sądzę, żeby potrzebował on iluzji polskiego poparcia w NATO.
Cytowany wyżej John Laughland pisze w „Spectatorze”: „Zachód chce widzieć Ukrainę w NATO, aby w ten sposób doprowadzić do osłabienia Rosji pod względem geopolitycznym i zwerbować sobie nowego dużego wasala, a jednocześnie nowego nabywcę kosztownego zachodniego uzbrojenia”. Cyganka wróżyła mi, a ja jej, że Ukraina znajdzie się w NATO (elita polityczna tego chce, bo to podniesie jej prestiż we własnych oczach) i będzie tam więcej znaczyć niż Polska. Po różnych próbach niezadowalających rządów demo-oligarchicznych władzę w Kijowie obejmuje koalicja narodowo-ludowa z nostalgikami UPA, czyli ukraińskim PiS-em na czele. Nastąpi ostateczne zbratanie dwóch najbardziej narodowych narodów.

•
Lech Wałęsa oznajmił, że nie poda ręki Günterowi Grassowi. Pierwsze zdziwienie: ktoś sądzi, że Grass pragnie uścisnąć spracowaną, ale już wypoczętą dłoń Lecha Wałęsy? Drugie: Wałęsa poczęstowałby chętnie zaszczytnym swoim szejk-hendem Grassa, gdyby ten, zamiast nosić karabin w Waffen SS, zrzucał bomby jako lotnik Luftwaffe? Trzecie: Grass jest dużo starszy od Wałęsy, bardziej doświadczony i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa mądrzejszy. Czy Wałęsa nie słyszał, że papież kazał młodszym, aby szanowali starszych, nie osądzali ich, zwłaszcza gdy starsi żyli w trudnych czasach, a młodsi w łatwych? Wałęsa, taki maryjny katolik, a papieża nie słucha. I wreszcie piąte: czy termin ważności dawnego listu biskupów polskich do niemieckich minął? Czy „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” już zwietrzało u Wałęsy i w całym Gdańsku, nie nadaje się do użytku?

•
Niemcy źle myślą, źle piszą i wystawiają na pokaz to, co powinni ukrywać. Co w myśli – to na języku, a co na języku – to na wystawie. Zwłaszcza poprzez wystawę w środku Berlina popełniają karygodną niedyskrecję, ujawniając, że kilkanaście milionów Niemców wskutek przegranej wojny musiało opuścić ziemie, które były zamieszkane przez ich przodków od czasów średniowiecza. Nie wolno im o tym mówić, bo taka jest polska polityka historyczna. Mogę Niemców pocieszyć, że nie tylko im polskie władze i media chcą dyktować, co wolno pamiętać, a czego nie wolno. Parę tygodni temu prokuratura została powiadomiona o popełnieniu przestępstwa przez kilkudziesięciu mieszkańców Lublina, którzy zebrali się w celu upamiętnienia manifestu PKWN, nienagannie demokratycznego, ogłoszonego w 1944 r. Z polskiego punktu widzenia w ogóle przeszłość jest podejrzana. Nie pozwolimy ani innym, ani sobie mówić o tym, co naprawdę było.

 

Wydanie: 34/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy