Zegarek

„G… chłopu nie zegarek” mówi potoczne, aczkolwiek wielce nieprzystojne powiedzonko, w dodatku bezzasadnie dyskwalifikujące ludność rolniczą. Tak czy owak jego sens jest taki, że nie wystarczy dostać do ręki skomplikowany i pożyteczny przyrząd, ale trzeba jeszcze umieć z niego korzystać.
Powiedzonko to przypomina mi się coraz częściej, gdy śledzę nasze zrastanie się z Unią Europejską. To, że po wstąpieniu do Unii podniesie się fala złorzeczenia i narzekań, było do przewidzenia. Podnoszą ją partie antyunijne, które przegrały referendum i teraz przy każdej okazji starają się udowadniać, że miały rację, wskazując a to na ceny, które rzeczywiście się podniosły – i podniosą się dalej – a to na zapisy projektowanej konstytucji, a to na chłodną tej wiosny pogodę. Niektóre, jak Samoobrona lub Liga Polskich Rodzin, stając w wyborach do Parlamentu Europejskiego, głoszą otwarcie, że wybierają się tam po to, aby wymówić nasz traktat akcesyjny lub wręcz wystąpić z Unii. Takich głosów wysłuchuję obecnie dość często, krążąc po Mazowszu jako kandydat. Ale, powtarzam, jest to normalne i było do przewidzenia. Łamie się oto nasza zaściankowość i nie może to się odbyć bez bólu.
Gorzej jednak, gdy prawo i regulacje unijne, które staramy się wprowadzać do naszych przepisów, trafiają do rąk urzędników, a także prawodawców, tak właśnie przygotowanych do ich przyjęcia jak ów włościanin do przyjęcia zegarka. Już od pewnego czasu zresztą co głupsze decyzje władz, trafiające również do Sejmu, były prezentowane jako „zalecenia unijne”, przed którymi musimy chylić czoła, chociaż było to zwykłą nieprawdą. Tak na przykład starano się przepchnąć podwyższony VAT na prasę i wydawnictwa, przemilczając skrzętnie fakt, że w wielu krajach unijnych VAT na wydawnictwa rzeczywiście obowiązuje, tyle że ma stawkę zerową. Podobnie zresztą nikt nie zastanawiał się nad tym, że nie we wszystkich przypadkach prawa podatkowego przepisy unijne mają wyższość nad przepisami krajowymi, ale to już może zbyt skomplikowane jak na nasze głowy. W sumie były to wszystko prymitywne chwyty, starające się wykorzystać pretekst unijny dla wzmocnienia naszego fiskalizmu.
Teraz jednak, kiedy już jesteśmy w Unii, wcale nie wygląda to lepiej. Przykładem jest słynny przepis rzekomo nakazujący rolnikom – ponoć z rozkazu Unii – wytępić jaskółki, konkretnie zaś jaskółki dymówki, które lepią swoje gniazda w oborach, chlewach i stodołach. Obecność jaskółek pod strzechą jest jednym z najbardziej swojskich elementów polskiego wiejskiego bytu i gdybym był Samoobroną lub LPR-em czy p. Podkańskim z PSL, podniósłbym dziki raban, że Unia, zabierając nam jaskółki, wyrywa nam nasze narodowe serce. Tylko że to nieprawda, dokładniej zaś wynik kretyńskiej interpretacji unijnego zalecenia przez naszych urzędników.
O co bowiem chodzi w dyrektywie unijnej? O to, żeby w stodołach i oborach było czysto i żeby nie było tam szkodników mogących mieć negatywny wpływ na zdrowie krów i jakość mleka. Szczurów, karaluchów, myszy, much. Dyrektywa mówi o tym ogólnie, określając te wszystkie stwory jako organizmy żywe, niezwiązane z hodowlą bydła i trzody. Nie ma w niej ani słowa o jaskółkach. Co więcej zaś, nie ma w niej ani słowa o tym, że jeśli w naszych warunkach nie chcemy mieć w oborze lub chlewie much, to nikt nie załatwi nam tego lepiej niż nasze jaskółki. Swego czasu Chińczycy postanowili wytłuc wszystkie muchy, a w wyniku tego zginęły jaskółki, teraz my, tępiąc jaskółki, rozmnożymy muchy i inne owady.
Mówiłem, że wielu kandydatów wybiera się do Strasburga, aby walczyć z Unią. Niech jednak wcześniej powalczą z urzędnikami, którzy parodiują zalecenia unijne, nie umiejąc założyć zegarka na rękę.
Drugim podobnym przykładem parodiowania przepisów Unii jest głośna obecnie sprawa usług internetowych jako usług telekomunikacyjnych, co w naszych warunkach wymaga surowej rejestracji internautów, z dowodem osobistym w ręku.
Nie udawajmy, że Internet nie jest instytucją dwuznaczną, gdzie oprócz kolosalnej bazy danych możemy znaleźć także przepis na wyprodukowanie w łazience bomby atomowej, podobno też, według norweskiego wywiadu wojskowego, był tam opublikowany projekt ataku na World Trade Center. Jest to jednak zmartwienie wywiadów i służb specjalnych ,którego nie można lekceważyć, ale nie można też względom bezpieczeństwa podporządkować wszystkich mechanizmów życia, które wówczas stałoby się więzieniem. Do tego zresztą zmierza amerykańska „ustawa o patriotyzmie”, bardzo niebezpieczny wynalazek, wykoncypowany przez administrację Busha.
Siłą Internetu, którą należy chronić, jest to, że integruje on ludzi ponad granicami i bez Internetu nie byłoby procesu globalizacji, a może i obecnej Unii Europejskiej. Nieprawdą jest także, że unijne przepisy internetowe, podobne do przepisów telekomunikacyjnych, krępują Internet. Po prostu prawo telekomunikacyjne jest w tych krajach inne, rozsądniejsze niż nasze, oskarżone ostatnio przez NIK o budowanie monopolu Telekomunikacji Polskiej.
Znowu więc jest jak z tym zegarkiem.
Dobrze używany zegarek wskazuje godzinę i ułatwia życie. W niektóre zegarki wbudowany jest także sygnał alarmowy. Niedawno uczestniczyłem w konferencji prasowej, podczas której grupa ekologów z Polski i USA alarmowała, że oto do Polski wdarło się już „monstrum” – jak określał to delegat z Ameryki – którym są barbarzyńskie, oparte na okrucieństwie wobec zwierząt, a także na bezlitosnym niszczeniu środowiska przy użyciu gnojowicy „przemysłowe” hodowle świń. Jest ich już w Polsce coraz więcej, a liderem jest osławiona firma Smithfield Foods, uznana przez opinię publiczną w USA za wroga publicznego, któremu sprzyjają jednak wielki kapitał i służąca mu administracja.
W warunkach polskich owe „przemysłowe”, okrutne hodowle zdolne są w dodatku zniszczyć nasze, daleko bardziej naturalne metody hodowlane, dzięki którym polskie mięso stało się ostatnio szlagierem na europejskich rynkach.
Istnieje cały zbiór unijnych regulacji prawnych pozwalających zatrzymać hodowlane monstrum. Istnieje zresztą także w prawie polskim całkiem niezły pakiet rozporządzeń zarówno dotyczących hodowli, jak i ochrony środowiska, wreszcie weterynarii, które można by wykorzystać w tym samym celu. Tyle że pakiet ten leży gdzieś w szufladach Ministerstwa Rolnictwa i nikt nie zamierza robić z niego użytku, a weterynarze za miłe podarunki są gotowi zapominać o obowiązkach swego zawodu.
Żeby jednak w interesie polskiego rolnictwa, naszej ekosfery i w rezultacie naszej przyszłości jako kraju czystej produkcji rolnej użyć znajdujących się w zasięgu ręki instrumentów prawnych, trzeba by się nauczyć korzystania z unijnego zegarka. Który w tej sprawie już nie tylko tyka, odmierzając godziny do zbliżającej się katastrofy, ale dzwoni na alarm.

Wydanie: 24/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy