Przychodzi ufoludek do Raela

Przychodzi mały zielony, wcale nie wielki i gruby ufoludek do Raela, który jest prostym kierowcą wyścigowym, a nie właścicielem gazety, i proponuje mu ów karłowaty kosmita, że go sklonuje. Nie poszedł wcześniej do Rapaczyńskiej, ale tylko dlatego, że jeszcze wówczas nie była szefową Agory. Co dziwne, zielony facecik obiecuje Raelowi wszystko za frajer, bez szmalu, tylko dlatego, że Raela wybrała ufoidalna społeczność. Rael nie nagrał ufoluda na kasetę, nie przedstawił jego propozycji premierowi ani prezydentowi, nie opublikował po pół roku całej afery kosmicznej w gazecie, lecz założył sektę swego imienia. Tak oto powstali raelianie.
Powiecie, moi Drodzy Czytelnicy, że to poważna sprawa, nie wolno żartować, gdy płoną nadzieje obywateli na uczciwe państwo prawa. Otóż czarny humor jest syndromem bezradności felietonistki, która czyta i ogląda, co się da, a także – a jakże – dowiaduje się pokątnie, poznaje nowe okoliczności sprawy, imiona osób i naprawdę nie wie, co myśleć. Oczywiście, mam swoją teoryjkę, stawiam też horoskop, z którego wynika, że UFO zwycięży bez względu na to, kto spadnie, a kto wdrapie się na świecznik. Warto zauważyć, że nawet na świeczniku można osmalić sobie sempiternę.
Wróćmy do naszych sklonowanych baranów i owiec, bo to, póki co, czyli dopóty, dopóki nie udało się powielić ludzkiego egzemplarza, weselszy temat. A więc teraz Brigitte Boisselier, doktor chemii i biskup raelian oraz szefowa firmy Clonaid – wszystko w jednej osobie, ogłosiła, że w jej firmie udało się wyprodukować klona, a mianowicie dziecko. Rodzice nie chcą się ujawnić, a i sklonowany ciamkacz również pozostał tajemnicą, głęboką jak to, na kogo haka ma Rywin, skądinąd miłośnik ryb na haku, kogo nagrał na swój magnetofonik, a kogo sfilmował miniaturową kamerką. Wszystkie media dostały delirki, telewizyjne ekrany, jak również papierowe strony gazet i tygodników, zatrzęsły się od domysłów. Chcemy wiedzieć, jak to było naprawdę z tą propozycją.
Też mi wielka sprawa, raeliańskie klony, u nas sklonowani bracia Lech i Jarek Kaczyńscy od dawna świetnie funkcjonują i nikt nie zwołuje z tego powodu konferencji prasowych, nie ogłasza triumfu matrycy nad zdrowym rozsądkiem. Jarek został przywódcą partii, Lech prezydentem miasta, skądinąd stołecznego, i zaraz wdał się był w zajadłą walkę o to, by obwodnica nie szła przez osiedle na Ursynowie; okazało się jednak, że nie wie, iż ruch samochodowy miał być puszczony tunelem, a nie wierzchem.
Od początku nowego roku, jak to zwykle bywa, kolorowe pisma dają horoskopy. Oczywiście, „kolorowe pisma” to te, o których kiedyś mówiono z lekceważeniem. Wiem, co mówię, dobrze pamiętam te uwagi koleżanek i kolegów: „Jak możesz, ty, pisarka, wiązać się z kobiecym magazynem!”. Teraz koleżanki i koledzy są zakotwiczeni w tego rodzaju pismach, a wszystkie tygodniki, które tak strasznie narzekały na liczbę reklam, są kolorowe jak tęcza, a o reklamy walczą drapieżnie jak klony w filmach SF.
By przyciągnąć reklamodawców, barw używają nawet co bogatsze gazety codzienne. W tych ambitnych, kiedyś bez koloru i bez reklam, też ukazują się horoskopy. Różnica polega na tym, że w kobiecych rolę wieszczek pełnią wróżki i astrologowie mówiący o zdrowiu, pracy i miłości jednostki żeńskiej, która znajdzie opiekuńczego supermana (jakby coś takiego istniało w przyrodzie), pod warunkiem że gwiazdy odpowiednio się ułożą, zaś w pismach ambitnych globalną przyszłość przepowiadają uczeni socjologowie. W „Rzeczpospolitej” horoskopami zajęli się: dr Tomasz Żukowski i moja ulubiona uczona, która nie boi się nikogo ani niczego, prof. Jadwiga Staniszkis, zawsze mająca coś ciekawego na składzie. Jej spójne teorie polskich dziejów najnowszych są wspaniałą pożywką dla mediów. Dziennikarze TV i radia, redaktorzy tygodników i gazet rzucają się na nie jak karmione suchą karmą psy na kawał prawdziwego, trochę już trącącego mięsiwa przy kości.
Nieważne, na ile te prognozy się sprawdzają, ważne, że da się na nich spekulować, rozdzielać włos na dziesięcioro, a że czasami jest to włos sztuczny, pochodzący z peruki, albo nieistniejący, powiedzmy mityczny lub symboliczny włos z łysej głowy, to tylko dodaje tajemniczości wróżbom.
Co nas czeka w 2003 r.? Bagatela, nowy rząd i nowy premier. Rząd na wiosnę, bo wtedy, gdy będzie cieplej, zaczną się niepokoje społeczne, mówi dr Żukowski. Prof. Staniszkis wie więcej, a więc to, że może nastąpić prowokacja ze strony obozu prezydenckiego, premierem zostanie Henryka Bochniarz, mianowana po to, by przetestować kobietę przed wystawieniem Joli w wyborach prezydenckich, dalej podział w SLD, tak głęboki, że wyłonią się dwie frakcje – jedna z Millerem podobna do niemieckiej SPD, druga liberalna z Kwaśniewskim…
Nie mówią wieszcze, jak ma się Rywin do obalenia rządu. Astrologowie stawiają horoskopy, a wasza autorka dawno temu stwierdziła na piśmie, że Al. Kwaśniewskiemu bliżej do Mazowieckiego z jego grubą kreską niż do dawnego betonu, który zresztą już skruszał. Dlatego też byłam członkiem komitetu wyborczego prezydenta i wiecie, co wam powiem? Szkoda, że nie ma trzeciej kadencji, choć mój niepokój jako pacyfistki wzbudza przyjaźń prezydenta z Żorżykiem, co chce wypróbować swoje nowe zabawki w Iraku. Miejmy jednak nadzieję, że Bush w nowym roku dozna olśnienia i nie wpuści nas w maliny, w jakiś totalny kataklizm, przy którym nasze krajowe afery są jak poziomka przy kuli ziemskiej.

 

Wydanie: 3/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy