Moi laureaci

Moi laureaci

Hej! Gdybym wygrał w Lotto, a niestety nigdy nie wygram, bo nie gram, więc gdybym wygrał w Lotto, ufundowałbym wielką nagrodę (Nike by się schowała do mysiej dziury) dla autorów, którzy mnie zachwycają. Z braku kapitału mogę im tylko złożyć u stóp klucz do mojego domu, gdzie w piwniczce czekać będzie chablis z najwykwintniejszego rocznika, który mieszkańcy Burgundii wspominają w snach. Kandydatów było wielu, nie mogą oni jednak się wywodzić, co znacznie ogranicza listę, z „Przeglądu” ani „Polityki”, gdyż sam bym się posądził o kumoterstwo. Ale dwóch moich laureatów znalazłem wspaniałych. Po kolei.

1. Od paru lat ukazuje się w Polsce pismo „Tak Po Prostu” pod redakcją Marka Barańskiego. Powiedziałby ktoś – miesięcznik „niszowy”. Nieprawda, może mało znany, na razie niskonakładowy, ale prezentujący wyrafinowany poziom intelektualny, który jest jakże niezbędny dzisiejszej lewicy. Jednym z felietonistów „Tak Po Prostu” jest Leszek Mazan. Czytałem przedtem jego książki o galicyjskich czasach Franciszka Józefa, „Zdarzenia z życia naszego monarchy” (Kraków 1996) oraz „Austriackie gadanie” we współpracy z Mieczysławem Czumą (Kraków 1998), i byłem wręcz oszołomiony tą mieszanką ogromnej wiedzy historycznej, humoru i rytmu anegdoty. Albowiem dowcip ma swoje tempo. Puenta puszczona za wcześnie zawala sprawę, za późno – trafia na słuchaczy już znudzonych. Mazan ma to rzadkie poczucie melodii żartu. Nic by jednak z tego nie było, gdyby nie – tu się powtórzę – jego kapitalna erudycja, przegryzienie się przez tomy onegdajszych czasopism, dokumentów i relacji z c.k. Galicji. A na koniec jeszcze umie on tak sprokurować historyczny detal, że pasuje jak ulał do naszej nowoczesnej rzeczywistości. Na wsiach galicyjskich – opowiada na przykład – w ramach walki z pijaństwem proboszczowie zobowiązali chłopów do dokonywania symbolicznych pogrzebów flaszek z wódką. Zgiń, przepadnij, przeklęta okowito. Potem musieli jednak potępiać z ambon wypadki „bezczeszczenia grobów”, czyli ekshumacji gorzałki w celach konsumpcyjnych. Jest tu właściwie wszystko: i wóda, i mogiła, i kompletne pomieszanie sakralnego ze świeckim. A to Polska właśnie!

2. Mariusz Urbanek jest arcymistrzem sztuki biograficznej. Kolejne szaleństwo erudycji i kompetencji. Przedstawił nam już Wieniawę, Stefana Kisielewskiego, Leopolda Tyrmanda, Jerzego Waldorffa, Jana Brzechwę, Władysława Broniewskiego, Juliana Tuwima… Za każdym razem są to prace imponująco udokumentowane, kompendia wiedzy o przedstawianych postaciach, w których uwzględnione zostają poglądy zarówno ich wielbicieli, jak i zajadłych przeciwników. Nadaje to życiorysom pełnię ich dramatycznego wymiaru, a jednocześnie iskrzy się anegdotą, niespodziewanym przyziemnym szczegółem, który pozwala na obejrzenie rzeczy w najprostszym wymiarze człowieczym. Jakby tego było mało, Urbanek stara się też co nieco z opinii o swoich bohaterach odkłamać. Tutaj niestety ma chyba małe szanse. Ciemnogród jest przecież potęgą. Pisze Urbanek: „Postawił Tuwima pod pręgierzem muzyk rockowy, a od pewnego czasu także polityk Paweł Kukiz. Na początku lat 90. XX w. nagrał z grupą Piersi kilka punkowych utworów do tekstów socrealistycznych wierszy. Wśród nich »W Poroninie«. (…) W filmie dokumentalnym »Ave Kukiz« muzyk mówi, że nienawidzi Juliana Tuwima za ten wiersz. Bo rozumie, że artysta może robić różne rzeczy, kiedy nie ma co jeść, ale nie wolno dawać dupy tak bardzo jak Tuwim. Piersi grały »W Poroninie« na koncertach, utwór znalazł się na płycie zespołu i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że tego wiersza nie napisał Julian Tuwim. Tekst śpiewanej przez Kukiza piosenki pochodzi z poematu Janusza Minkiewicza »Lenin w Poroninie« opublikowanego w 1951 r. (…) Rozemocjonowany muzyk »poprawił« historię literatury”. Tyle że Kukiz nie przeprosi, więc głos Urbanka miałby hukać po puszczy? Nieprawda, są jeszcze tacy, dla których jego książki są serdeczną przygodą.

Co łączy Mazana z Urbankiem? Długo się nad tym zastanawiałem i do głowy przychodziło mi tylko niemodne słowo „życzliwość”. Mazan kpi ze swojej Galicji, a zarazem widzi jej barwy; Urbanek bywa wielce krytyczny w stosunku do Tuwima, Brzechwy czy Broniewskiego, ale jednocześnie chce ich zrozumieć i polubić. Może tego wieczorami, kiedy już tylko książka w ręku, a akurat nie ma meczu piłki nożnej, najbardziej mi potrzeba. Tej życzliwości wobec świata. Niechże panowie pamiętają. Wino chłodzi się w piwniczce, a wypić z panami będzie dla mnie ogromnym zaszczytem.

Wydanie: 30/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy