Nigdy nie będziesz szedł sam

Nigdy nie będziesz szedł sam

Ten tekst dedykuję kamizelce kuloodpornej, w której to byli żołnierze (operatorzy, jak to się mówi obecnie) elitarnej jednostki GROM, teraz pracownicy prywatnej firmy ochroniarskiej, umościwszy w niej Jarosława Kaczyńskiego, wywieźli go do swojego ośrodka treningowego pod Łomżą. Zapowiedź manifestacji zorganizowanej przez Strajk Kobiet w końcu października pod willą Kaczyńskiego na Żoliborzu na tyle zaniepokoiła jego ochroniarzy, że wywieźli go natychmiast do ośrodka w Czerwonym Borze. To filmowa, groźna scena, ale nasuwa się w związku z nią kilka innych obrazów, odmiennych niż te, na których niskiego, starawego, korpulentnego, samotnego mężczyznę otacza grupa mężczyzn potężnie zbudowanych i uzbrojonych. Scen, których nigdy nie ujrzymy, a ich bohater nigdy osobiście ich nie doświadczy, co przedstawiamy w formie listu.

Nigdy nie będziesz szedł sam. Nigdzie. Donikąd. Po nic. Nigdy nie będziesz szedł sam do sklepu, po bułkę kajzerkę albo grahamkę, po butelkę mleka, tuzin jajek i kostkę masła. Nigdy nie będziesz szedł sam po żaden list do Ciebie, po jakąkolwiek przesyłkę. Nigdy nie będziesz szedł sam do furtki, żeby zamienić kilka słów z listonoszem, sąsiadem, dzieckiem z domu obok. Nigdy nie będziesz szedł sam na spacer, ani nad Wisłę płynącą nieopodal, ani gdzieś w górach, ani nad jeziorem. Nigdy nie będziesz szedł sam ulicą jakiegokolwiek europejskiego miasta. Nigdy nie będziesz szedł sam do banku, do przychodni (przyjedzie po Ciebie pułkownik, dyrektor szpitala, nawet jeśli w żadnym szpitalu nie będzie miejsca dla nikogo innego). Nigdy nie będziesz szedł sam do księgarni, sam nie sięgniesz tam po książkę, nie przerzucisz stron, nie zdecydujesz się kupić lub odłożyć. Nigdy nie będziesz szedł sam załatwić cokolwiek w urzędzie, biurze, kancelarii, punkcie obsługi. Nigdy nie będziesz szedł sam odwiedzić kogoś, kogo nawet byś chciał odwiedzić. Nigdy nie będziesz szedł sam, żeby kupić komuś prezent na święta, na urodziny czy imieniny. Nigdy nie będziesz szedł sam do kawiarni czy restauracji. Nigdy nie będziesz szedł sam kupić sobie buty, koszulę czy bieliznę, skarpetki. Nigdy nie będziesz szedł sam, kiedy będziesz potrzebował czegoś dla swojego kota: zabawki, karmy, posłania, wizyty u weterynarza. Nigdy nie będziesz szedł sam, żeby stanąć w jakiejś kolejce po coś, po co inni stoją. Nigdy nie będziesz szedł sam bez celu, ot tak. Nigdy nie będziesz szedł sam dokądkolwiek, w jakiejkolwiek sprawie, za jakąkolwiek potrzebą, podszeptem, pokusą. Nigdy nie będziesz szedł sam tam, dokąd kiedyś sam chodziłeś: do biblioteki, na uczelnię, na salę wykładową, do kościoła. Nigdy nie wsiądziesz sam na rower czy do kajaka. Nigdy nie będziesz szedł sam do lasu, na grzyby czy żeby odetchnąć innym powietrzem. Nigdy nie będziesz szedł sam na spotkanie kogoś, kogo nie lubisz albo – co gorsza – boisz się. Nigdy nie będziesz szedł sam, żeby naprawić jakiś sprzęt domowy.

I takich czynności, których nigdy nie wykonasz już sam, są setki, może więcej. Najciekawsze jest to, czy myślisz o tym niekiedy, czy roztrząsasz, dlaczego tak jest. Czego dokonałeś, że właściwie niemożliwe jest dla Ciebie życie, jego trudy i smaki, dostępne lub przeżywane przez niemal wszystkich pozostałych, którzy żyją w tym samym czasie i miejscu – Polsce? Czy do tego doprowadziłeś? Czy tak naprawdę nie jest to samospełniająca się opowieść o wszechpotężnym i wszechotaczającym Cię strachu? Przerażeniu? Samotności? Już do końca Twoich dni będzie Cię zawsze ktoś odseparowywał od świata, od życia, na które wciąż zamierzasz apodyktycznie wpływać, organizować je. Nie chodzi o to, że nie umiesz prowadzić auta, że nie miałeś konta bankowego, decydując o wydawaniu miliardów – to można by nawet uznać za zasługę i zdrowy objaw, gdyby było świadomym wyborem, a nie niemożnością.

Są jednak sprawy i rzeczy, które sam wciąż robisz. Czytasz książki, raporty służb, coś tam piszesz, rozmawiasz przez telefon, głaskasz kota, żujesz chleb, poprawiasz sobie poduszkę przed snem, może sam aplikujesz sobie leki, zakładasz skarpety. Czasem myślisz, że Twoja ostatnia podróż będzie na Wawel. Ale mam nadzieję, że się mylisz.

Sam też nie rozumiesz, co oznacza krzyk tysięcy kobiet i mężczyzn pod Twoim oknem: „Nigdy nie będziesz szła sama”, a pod również Twoim adresem: „Wypierdalać”, choć Twój brat zasłynął legendarnym, obcesowym: „Spieprzaj, dziadu” do oponenta politycznego na ulicy. Nie wiesz, co robią te tysiące pod Twoim oknem, pod balkonem, na który nie możesz wyjść sam, żeby nie zapalić papierosa, którego kiedyś byś zapalił.

Przecież nigdy sobie nie powiesz: „Musiałem zrobić coś bardzo źle, że zasłużyłem na taką reakcję”. A może raczej nigdy tego nie pomyślisz, bo musiałbyś odważyć się pójść gdzieś sam. A to jest po prostu niemożliwe. Już nigdy.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 49/2020

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy