Najlepszy z możliwych

Najlepszy z możliwych

Kiedyś, kiedy jeszcze Paweł Pawlikowski pisał się Paul Pawlikowski, kręcił znakomite filmy dokumentalne, potem przesiadł się na fabularne, podobnie znamienite. Do dwóch jego dokumentów mam stosunek głęboko osobisty i emocjonalny. Oba czyniły swoimi bohaterami Rosjan, z których jeden brawurowo wkraczał na scenę polityczną, drugi zaś był kultowym pisarzem, alkoholikiem, zmierzającym prosto do opuszczenia sceny życia. Zapewne warto kiedyś wrócić do opisu rejsu z Władimirem Żyrinowskim po Wołdze, filmu z 1995 r. Dzisiaj jednak powróciła do mnie postać drugiego bohatera – autora niezwykłego, pierwotnie samizdatowego, nielegalnie czytanego przez wtajemniczonych, potem wydawanego na tzw. Zachodzie, a na koniec także bestsellerowego w Rosji, poematu prozą „Moskwa – Pietuszki” – Wieniczki (Wieniedikta) Jerofiejewa.

Kilka miesięcy przed śmiercią pisarza, umierającego na raka krtani, mówiącego przez specjalny symulator, udało się jeszcze Pawlikowskiemu odwiedzić Wieniczkę i zarejestrować rozmowę. Jerofiejew ledwo już oddycha i mówi, co jednak nie uniemożliwia mu posiłkowania się jakąś formą wysokoprocentowego alkoholu, spożywanego ze słoika. Ale mocniej od widoku podziwianego przeze mnie twórcy pijackiego eposu rozgrywającego się na trasie podmoskiewskiej kolejki zapadła mi w pamięć anegdota wycharczana do mikrofonu. I choć była mechaniczna, brzmiała pozaświatowo, towarzyszyło jej bystre, jasne, choć zamglone, spojrzenie.

Urodzony i wychowany na dalekiej Północy Wieniczka trafia w latach 60. do Moskwy i staje przed gigantycznym budynkiem, pałacem kultury w powiększeniu – to Uniwersytet Moskiewski im. Łomonosowa. W filmie pisarz wraca do tego momentu zachwytu i snuje dalej swoją opowieść. „I po paru miesiącach zaczęliśmy studiować Leibniza. I wtedy zacząłem pić”, mówi i zawiesza głos w przekonaniu o oczywistości metafory. Zza kadru pada jednak pytanie, dlaczego przy Leibnizu. Odpowiedzią jest bezbrzeżnie smutny, a równocześnie drwiący wzrok. „Cóż, za brak polotu…”, konstatuje przyrównywany do Gogola pisarz, dramaturg, samouk, z wypaloną rakiem i wódką krtanią. Być może ten komentarz był nazbyt metaforyczny; dosłownie podziurawiony alkoholem pisarz, przeżywający zresztą jedyne parę minut sławy w swoim życiu, przywołuje jako komentarz słynne XVIII-wieczne Leibnizjańskie sformułowanie o tym, że „żyjemy w jedynym i najlepszym z możliwych światów”.

Cóż, Leibniz, twórca rachunku różniczkowego i całkowego, być może – a w przekonaniu Jerofiejewa z całą pewnością – jako filozof się mylił. Bezwzględnie i bezlitośnie kpił z niego w związku z tą maksymą i przekonaniem również Wolter. I właściwie do tego zmierzam. Czy kiedykolwiek możemy powiedzieć, że świat, jaki znamy, którego w najlepszym razie znamy fragment, część, wyrywek, ułamek, i to przez chwilę, którą jest pojedyncze ludzkie życie – jest najlepszy? Bo taki jest, jeśli w ogóle zgadzamy się, że taki jest? Wszak naszym doświadczeniem dzisiaj jest świadomość niezliczonych, odmiennych form zorganizowania życia, a w tych licznych formach mieści się kolejna, nieredukowalna wielość indywidualnych doświadczeń.

W czasach zaraz, nędzy, wyzysku i przemocy zawsze żyli tacy, którzy byli syci, zamożni, bezpieczni czy bezkarni. I na odwrót, kiedy mamy epokę, moment, miejsce wydające się świetlanym, także tam napotkać możemy osoby wykluczone, zrzucone na dno ludzkiego upodlenia, pozbawione szans dostępnych dla innych wokół. Być może należy się pogodzić z tym, że świata tak ocenić nigdy, nikomu się nie uda. Być może buddyjska świadomość, że świat jest taki, jaki jest, i że nie dotyczy go nasze wartościowanie, cenzurki, ratingi, jest maksimum tego, co możemy z siebie wydać. Co nie zmienia postaci rzeczy, że bardzo wiele odmiennych rozwiązań społecznych i politycznych nie znajduje się w kręgu naszej uwagi, edukacji, bo zaprzeczają niepisanym kanonom obowiązującego paradygmatu. Bo mogą wskazać, że da się inaczej. Że gdzieś kiedyś ludzie potrafili odmiennie działać i organizować swoje życie. Że reguły, które czytamy jako oczywiste, wcale nimi nie są ani nie muszą być, więc nie jesteśmy bezwolni wobec świata zastanego. Zmieniajmy zatem. Świat może być inny. Powiedziałbym nawet, że musi i powinien.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 1/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy