Polska w ruinie i na kolanach

Polska w ruinie i na kolanach

Podróż samochodem z Warszawy na Wybrzeże prawie bezbolesna, jedzie się już autostradami. Za szybą Polska na kolanach i w ruinie, ale wkrótce Duda i PiS ją podniosą. Określenie „Polska w ruinie” powinno przejść do dziejów głupoty polskiej. Każdy, kogo pytam o wrażenia z podróży po naszym kraju, mówi ironicznie: „Polska w ruinie, czyli: jak wiele się zmieniło na lepsze”. Widać już pierwsze bociany w gniazdach, na tej wsi jeszcze niezdemolowanej przez turystykę.

Gospodarz, stary Kaszub, a trochę młodszy ode mnie, biegnie się witać. Wycałował mnie, wołając: „Panie Tomku, ale się porobiło! O kuźwa!”. Jak większość Kaszubów jest wrogiem PiS. To reguła, że ci, którzy mają w sobie jakąś odmienność, choćby różne dopływy kulturowe, reagują alergicznie na narodowo-prawicową partię, która ma plemienną wizję Polski. Ma to być Polska mocarstwowa prezesa, ojca dyrektora i episkopatu. Nasz gospodarz ma niezwykły dar opowiadania – o czymkolwiek mówi, od razu zamienia to w anegdotę, z wielką swobodą korzysta z języka literackiego, w którym mu jednak za ciasno, więc wtrąca regionalizmy, czasami kaszubskie słowa. Brak przednich zębów, z powodu panicznego lęku przed dentystą, dodaje mu wdzięku. Ma niezwykłe poczucie humoru i anegdoty. Jest chłopem z dziada pradziada, ale nie ma w sobie polskiego malkontenctwa ani utyskiwania na los, co u nas powszechne. Utyskuje tylko na chłopów polskich, którzy ciągle narzekają. Mówi: „Ja nie narzekam, pracowałem jak w kamieniołomach, ale teraz, też dzięki temu, że Polska jest wolnym krajem, i dzięki Unii, mam dobre i dostatnie życie. Nigdy chłopom nie było tak dobrze jak teraz”. I wylicza 21 powodów, czyli programów unijnych, jak 21 gdańskich postulatów, dzięki którym rolnik może teraz dobrze zarobić. On skorzystał tylko z trzech.

A co do polityki… tak dobiera gości, by nie trafił mu się, jak mawia, jakiś pisior – to byłaby wielka bieda przy codziennych wieczornych rozmowach nad piwem w ogrodzie. Opowiada: „Przyszedł tu jakiś gość po jajka w koszulce z napisem »Gazeta Polska«. Panie, co za bezczelność, jakiś prowokator, to go pogoniłem”. Ogląda wszelkie możliwe programy polityczne w telewizji, a tak się nimi przejmuje, jakby brał w nich osobiście udział. Przerywa rozmówcom, klnie niemożliwie i tak się w tym zatraca, że żona musi go co chwila mitygować: „Oni ciebie przecież nie słyszą”. Zarzuca naszej prawicy nieszczerość i cynizm, mówi: „Rano do kościoła, a wieczorem do burdelu”. Coś w tym jest. Zawsze uważałem, że ta formacja ma jakiś defekt w sferze seksualnej, dlatego tak wiele tam obłudy i komplikacji w sprawach obyczajowych.

Lśniące błękitem dni. Jak rok temu, jak dwa lata temu podróż zaprzęgiem konnym na plażę, polami i przez las. Wolno zmienia się krajobraz, pachnie końmi, więc przeszłością, tańczą końskie zady, kołysanie wozu i sielskich wiejskich krajobrazów. Na plaży nie ma tłoku, za to jest inwazja skrzydlatych mrówek. Wieczorem gadanie z gospodarzem, fantastyczny ludowy mówca, zawsze w tle ironia, iskrzenie się dowcipu. Biesiadują też goście, choćby profesor ze Śląska z żoną. Wszyscy jesteśmy w podobnym wieku, więc wspomnienia są gęste i soczyste: nasze dawne małe fiaty, ich zapach i warkot silnika, szum zagłuszarek Wolnej Europy, Grudzień ‘70, potem Radom ‘76, gospodarz pamięta określenie propagandy „rozwydrzone kobiety”. I Sierpień roku ‘80, te wspomnienia tworzą szczeble drabiny naszej pamięci i są wspólne. Młodzi, którzy nam się przysłuchują, już tego nie czują ani nie rozumieją. Jesteśmy trochę jak weterani dawnych wojen. To czas i zapominanie toczą wojnę z naszą pamięcią. Czasami słychać turkot powozów i dudnienie końskich kopyt, kołyszą się jeźdźcy pięknie ubrani, jest tu stadnina, a tabuny koni pędzone są na łąki. Za nimi pastuszek z batem na quadzie – już choćby dla tego widoku warto tu być. Śliczne dzieci naszych gospodarzy, ale też inne dzieci miejscowych, to już są miejskie, nawet inteligenckie twarze. Powstaje nowa rasa Polaka i już nikt nie powie, jak mawiano, że to rasa kartoflana. I są te same problemy, co z dziećmi z miasta. Na wieś dotarło już miłosne skupianie się na dzieciach, zaspokajanie ich wszelkich zachcianek, a mało które dziecko wychodzi z tego cało. Stąd epidemia narcyzmu. I wspólne nasze bezradne westchnienie: widzimy wady takiego wychowania, ale już inaczej się nie da.

W chłodniejszy dzień jeździmy po okolicy. Było tu wiele PGR-ów i odcisnęły trwały ślad, jakby ten teren był skażony. W niewielkich miastach, choćby we Fromborku, są zadbane promenady. Ale nadal ładna zwykle jest tylko dawna architektura, przetrzebiona przez ostatnią wojnę, a nędzna nowa, jakby architekci już nie widzieli, czym jest harmonia i rytm okien na fasadzie. Ale to przecież dotyczy całego współczesnego świata.

Wydanie: 33/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy