Powódź i polityka

Kuchnia polska

Kiedy w roku 1755 wielkie trzęsienie ziemi zniszczyło Lizbonę, Wolter napisał list protestacyjny. Adresował go w istocie do sił natury, wytykając im, że działają w sposób bezrozumny. Ten list jest jednym z najbardziej zuchwałych, choć całkowicie nieskutecznych dokumentów ludzkości. Czyni człowieka sędzią natury, trzęsienie ziemi zaś zamienia, zgodnie z duchem epoki, w problem filozoficzny.
Obecnie pół Europy, Czechy, Słowacja, Austria i Niemcy zalane są wodą, która niszczy dorobek materialny milionów, masakruje skarby kultury, hamuje procesy społeczne (kanclerz Niemiec powiedział, że po tej powodzi trzeba będzie zaczynać od nowa integrowanie terenów byłej NRD z bogatszą częścią kraju), a ponieważ pod wodą znalazło się sporo fabryk chemicznych, nie wiadomo jeszcze, w jakim stopniu i na jak długo zatruta zostanie gleba.
Powódź ta, brzemienna w indywidualne ludzkie dramaty, staje się, zgodnie z duchem naszej epoki, problemem politycznym. Nie mówię tu o tym, że wywołała godną pochwały solidarność krajów unijnych – Niemiec i Austrii – z krajami, które dopiero do Unii pretendują – Czechami i Słowacją. Mówię tu jednak o skali szerszej i bardziej globalnej.
Pierwszym bowiem wrażeniem, jakie wywołuje oglądana na ekranach telewizorów europejska powódź, jest uczucie, że obrazy te już widzieliśmy. Tyle tylko, że rozgrywały się one w Chinach, w Malezji, Tajlandii, w Indochinach – słowem, gdzieś daleko, z tego też powodu telewizje nadawały je w końcowych partiach swoich codziennych serwisów. Mówiło się tam o setkach, a czasami o tysiącach utopionych ludzi i o dziesiątkach, a czasem setkach tysięcy zatopionych domostw. Były to jednak wiadomości podrzędne.
Ryszard Kapuściński napisał kiedyś trafnie, że jednym ze sposobów, dzięki którym współczesne media starają się chronić sumienia Europejczyków i Amerykanów przed zjawiskiem nędzy, śmierci głodowej lub masowych plag nawiedzających kraje ubogie, jest podkreślanie, że dzieje się to gdzieś daleko, praktycznie poza naszym światem, a więc dotyczy także jakichś innych ludzi niż my sami.
Oczywiście, że Austria, Czechy czy Niemcy bronią się przed powodzią lepiej niż Chiny albo Malezja, a więc ich dramat w sumie jest mniejszy niż dramaty społeczeństw słabych i bezbronnych. Sądzę jednak, że na skutek powodzi odległość pomiędzy Pragą czy Dreznem a krajami położonymi gdzieś daleko znacznie się skróciła. To, co kiedyś, dość często zresztą, dotykało innych ludzi, teraz dotknęło nas, białych i cywilizowanych.
Skrócenie tej odległości jest dzisiaj podstawowym problemem politycznym świata. Wiadomo, nie trzeba na to żadnych rozwlekłych dowodów, że świat obecny, dramatycznie rozdarty na bogactwo i nędzę, które z każdym rokiem oddalają się od siebie coraz bardziej, nie ma szans na przetrwanie. Musi w niezbyt odległym czasie, pokolenia lub dwóch, skończyć się albo straszliwą rzezią, którą Huntington nazywa łagodnie zderzeniem cywilizacji, inni zaś starają się to nazwać nasilającą się wojną z terroryzmem, albo też skończy się zamierzonym, choć skrywanym ludobójstwem, jakie Zachód zdecyduje się w końcu zastosować wobec mieszkańców nieurodzajnych, zacofanych, a więc w istocie niepotrzebnych obszarów takiej na przykład Afryki.
Obecna powódź objawia nam również realia politycznej praktyki. Pięć lat temu odbyła się słynna konferencja w Kioto, poświęcona przeciwdziałaniu tak zwanemu efektowi cieplarnianemu, powodowanemu przez trwającą od 150 lat przemysłową emisję dwutlenku węgla do atmosfery ziemskiej. Ta emisja nasiliła się ogromnie w ciągu ostatnich dekad, będących okresem rozkwitu cywilizacji Zachodu. Niedawno stacja CNN przypomniała, że rezultatem przyjętych w Kioto zaleceń miało być zmniejszenie się emisji gazów cieplarnianych o 19%, tymczasem ilość dwutlenku węgla w atmosferze nie zmniejszyła się, lecz wzrosła i jest go dzisiaj w atmosferze ziemskiej więcej, niż było pięć lat temu.
Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ 36% wszystkich gazów cieplarnianych wysyłanych jest do atmosfery ziemskiej przez Stany Zjednoczone, których prezydent, Bush junior, odmówił podpisania protokołu z Kioto. Zdaniem Busha bowiem, nie wiadomo, czy naprawdę emisja gazów jest przyczyną kataklizmów ekologicznych, a ocieplenie klimatu, powodzie, huragany i tornada, fakt, że w Suwałkach było niedawno cieplej niż w Madrycie, mogą mieć zupełnie inne, nieznane nam przyczyny.
Istotnie w historii naszego globu były już okresy silnego ocieplenia, zanim jeszcze pojawiły się gazy przemysłowe. Lecz z tymi gazami jest podobnie jak z paleniem tytoniu i rakiem płuc: są nałogowi palacze, którzy umierają z płucami czystymi jak u dziecka, ale lepiej nie próbować tego na sobie.
Po drugie jednak, co zdaniem Busha ważniejsze, przyjęcie zaleceń z Kioto spowolniłoby rozwój amerykańskiego przemysłu. Właściwością prezydentów jest to, że myślą oni w granicach jednej, względnie dwóch kadencji, przez które sprawują swój urząd. Z punktu widzenia Busha juniora, byłoby więc istotnie fatalnie, gdyby za jego kadencji, pierwszej w dodatku, wolniej rozwijał się amerykański przemysł, zmniejszył się dochód narodowy i wzrosło bezrobocie. Mogłoby to naprawdę spowodować jego czteroletni tylko, zamiast ośmioletniego, pobyt w Białym Domu i jest to stawka zbyt wysoka, aby przejmować się ekologią.
Niedawno (17-18 bm.) „Gazeta Wyborcza” przedrukowała artykuł amerykańskiego publicysty Roberta Kagana, który stara się zdefiniować różnice w myśleniu pomiędzy Ameryką a Europą, ubolewając w rezultacie, że Europejczycy nie chcą być potęgą militarną i wolą rolę barmana z westernu, który serwuje napoje, niż strzelającego kowboja. Mówi on także, że Europa tyko zmywa, podczas gdy Ameryka gotuje.
Jest to jeden z najbardziej przygnębiających tekstów, jakie czytałem ostatnio, ponieważ jego autor, obdarzony niewątpliwą swadą, inteligencją, a nawet pewnym pozorem niezależności myślenia, nie jest w stanie pojąć, że dla myślących Europejczyków naprawdę ważniejsze jest zabliźnienie rany dzielącej nas od bliźnich i pozmywanie tego, co jeszcze da się pozmywać z błędów naszej cywilizacji, niż strzelanie z kolta do „państw zbójeckich”. Co autor artykułu uważa z kolei za cel najważniejszy.

 

Wydanie: 34/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy