Rozum Staśka

Rozum Staśka

Kolejny etap nękania gen. Jaruzelskiego przez prawicowe media i trzeciorzędnych historyków mimo woli przywołuje wspomnienie dowcipu, jaki opowiadaliśmy sobie w początkach stanu wojennego. Podobno na jakimś murze w jakimś mieście miał się pojawić wykonany kredą czy też farbą napis następującej treści: „Generale, być może historia cię doceni, póki co, ja cię pier… – Stasiek”.
Obojętne, że ten mur z tym napisem miał być to w Gdańsku, to w Katowicach, to w Warszawie. Nie ma też znaczenia, że na własne oczy nikt go nie widział, choć wielu znało takich, którzy przysięgali, że go widzieli. Ten, jak byśmy dziś powiedzieli „wirtualny” (w 1981 r. jeszcze nikt nie znał tego słowa) napis zawierający Staśkową myśl oddawał nasze nastroje, a przy okazji zawierał myśl głęboką. Byliśmy wściekli na Generała, że kubłem zimnej wody stanu wojennego brutalnie zbudził nas ze snu o wolności. Stąd to „póki co…”, a nie jakaś ostateczna ocena. Na nią było, także ze względów emocjonalnych, za wcześnie. Co więcej, myśl Staśkowa zakładała, że ocena stanu wojennego i samego Generała dokonana przez historię może być inna niż ta nasza doraźna.
Po blisko 30 latach od tamtych wydarzeń czas na nieco głębszą refleksję niż doraźne odczucie mitycznego Staśka. Nie wdając się w szczegóły, najkrócej można powiedzieć tak: w 1981 r. nie było szans na Okrągły Stół i zmianę władzy. Nie tylko dlatego, że do takiego „okrągłego stołu” nie były gotowe ani „Solidarność”, ani kierownictwo PZPR. Przede wszystkim dlatego, że nie dopuściłby do tego Związek Radziecki nie tylko z żywą „doktryną Breżniewa”, ale jeszcze z żywym (a choćby i półżywym ze starości) Breżniewem. Okrągły Stół stał się możliwy dopiero wtedy, gdy w Polsce obie przeciwne strony zrozumiały, że znalazły się w sytuacji patowej, za wschodnią granicą zaś rozpoczęła się Gorbaczowowska pierestrojka. I ta okazja nie została zmarnowana, za co należy się cześć i chwała Lechowi Wałęsie i jego „drużynie”, ale też reformatorskim siłom w PZPR, skupionym wokół Generała.
Podzielając w grudniu 1981 r. Staśkowe odczucie, dziś Generała oceniam zupełnie inaczej i pewien jestem, że tak też per saldo doceni go historia. Choć pewne jest i to, że jak długo istnieć będzie polska historiografia, tak długo będą spory o ocenę jego postaci i o ocenę stanu wojennego.
Już to świadczy o wielkości Generała i jego roli w historii. Wszak spory historyków z reguły dotyczą tylko postaci wielkich. Jestem pewien, że spór o ocenę postaci Generała i jego roli w historii Polski trwać będzie i za lat 50, i za 100. Nie sądzę, aby uwagę historyków pokolenia naszych prawnuków zaprzątały wspomnienia takich postaci jak Wildstein, Kurtyka czy Cenckiewicz.
Zdumiewające jest, z jaką łatwością wielu młodych publicystów i historyków potrafi oceniać postać i drogę życiową gen. Jaruzelskiego. Postać wielką i tragiczną, której losy tak ściśle splotły się z tragicznymi losami Polski i Polaków. Ziemiańskie pochodzenie, katolicka szkoła, potem katastrofa wojny, Sybir, śmierć najbliższych, szlak bojowy. Potem kariera wojskowa w PRL. Wymagająca licznych daleko idących kompromisów, jednak na koniec wzięcie odpowiedzialności za państwo i rodaków i wreszcie, gdy nadeszła możliwość, czynny udział w demontażu komunizmu i pomoc w budowie niepodległej, demokratycznej Polski.
Jakże łatwo niedouczeni historycy i publicyści potrafią obrażać Generała, a przy okazji wszystkich żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, nazywając go „sowieckim generałem”!
Jakże to głupie i niesprawiedliwe! Czy PRL była mniej suwerenna niż Królestwo Kongresowe? Czy generałowie i oficerowie, w dużej mierze weterani wojen napoleońskich, którzy przyjęli służbę w armii Królestwa Kongresowego, którego królem był car, byli kolaborantami? Czy po prostu przyjęli służbę takiej Polsce, jaka wtedy, z woli mocarstw wyrażonej na kongresie wiedeńskim, powstała?
Zgoda, służbę tę wypowiedzieli w wojnie 1830-1831 r. Ale co było wcześniej? Znaczna część społeczeństwa nie zgadzała się z ograniczoną suwerennością Królestwa i konspirowała. Dość przypomnieć Wolnomularstwo Narodowe czy Towarzystwo Patriotyczne. Walerian Łukasiński za te spiski skazany został w 1824 r. na dziewięć lat ciężkiego więzienia przez polski sąd wojenny, któremu przewodniczył weteran wojny z Rosją 1792 r., uczestnik powstania kościuszkowskiego, żołnierz napoleoński, gen. Maurycy Hauke, a w składzie którego zasiadali m.in. pułkownicy, późniejsi generałowie Jan Skrzynecki, dyktator powstania listopadowego, i Ludwik Bogusławski, bohater Olszynki Grochowskiej.
Nikomu jakoś nie przyszło do głowy (odpukać w niemalowane drewno, bo IPN jeszcze istnieje!), by Skrzyneckiego czy Bogusławskiego nazwać „ruskimi generałami” czy zdrajcami narodu. (Inna rzecz, że spośród tych Polaków, którzy w ogóle coś słyszeli o Łukasińskim i procesach członków Towarzystwa Patriotycznego, dziewięciu na dziesięciu jest przekonanych, że Łukasińskiego skazał sąd rosyjski). Dziś swe ulice, place i szkoły swego imienia mają gen. Skrzynecki, gen. Bogusławski i mjr Łukasiński.
Zarówno Skrzynecki, jak i Jaruzelski do czasu byli wierni Rosjanom, do czasu tępili antyrosyjskie spiski, które uważali za szkodliwe dla kraju. Obydwaj wypowiedzieli Rosjanom posłuszeństwo, gdy stało się to możliwe. Powie ktoś, różnica między gen. Skrzyneckim a gen. Jaruzelskim jest taka, że Skrzynecki dowodził w wojnie przeciw Rosjanom, Jaruzelski zaś nie. To prawda. Jaruzelski zrobił jednak coś więcej niż dowodzenie w walce o zwycięstwo niemożliwe, w które nawet wódz naczelny nie wierzył. On współtworzył Okrągły Stół i współuczestniczył w rozmontowaniu systemu komunistycznego w Polsce, na koniec pokojowo oddał władzę.
Okrągły Stół był jednym z największych osiągnięć narodu polskiego w nowożytnych dziejach. W drodze pokojowego kompromisu, bez rozlewu krwi doszło do zmiany władzy z wszystkimi tego konsekwencjami. Polska „wybiła się na niepodległość”, czego nie udało się osiągnąć mimo olbrzymich ofiar kolejnych narodowych powstań.
Tak jak dziś nikogo nie dziwi ani nie gorszy sąsiedztwo ulic Skrzyneckiego i Łukasińskiego, tak pewnie nasze wnuki spokojnie spacerować będą kiedyś alejami Wałęsy czy ulicami Jaruzelskiego i będzie to dla nich zupełnie normalne.
Jak słucham prof. Paczkowskiego przekonującego, że to dobrze, że gen. Jaruzelski jest sądzony, to niestety, przepraszam Pana Profesora, ale myślę, że ów anegdotyczny Stasiek z 1981 r. miał więcej rozumu. Historyk nie może zatrzymywać się na etapie „póki co…”. Na wydarzenia musi patrzeć z dystansu i oceniać je w szerszym kontekście, także historycznym.

Wydanie: 7/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy