Hazardzista Tusk

Hazardzista Tusk

Premier ugiął się pod naciskiem opinii publicznej i PiS i zdymisjonował kilku swoich ministrów. Nie ulega wątpliwości, że zrobił to pod naciskiem opinii publicznej, podgrzanej przez PiS, a nie z powodów, o których tak przekonująco mówił na konferencji prasowej. Przecież o roli tych ministrów w procesie legislacyjnym „ustawy hazardowej” wiedział już wcześniej. Dopóki afera nie została upubliczniona, dymisji nie było. Gdyby nie została upubliczniona, na czele MSWiA stałby nadal Grzegorz Schetyna, ministrem od sportu nadal byłby Drzewiecki, Czuma nadal byłby ministrem sprawiedliwości, a Zbigniew Chlebowski nadal kierowałby w Sejmie klubem Platformy.
Równocześnie premier rozpoczął procedurę odwoływania szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Będzie z tym miał pewien kłopot, ale o tym później.
Przypomnijmy historię CBA. Ta zdumiewająca formacja o niezwykle szerokich kompetencjach pomyślana była jako partyjna służba specjalna PiS, niezbędna do walki z urojonym układem. Gdy pisano ustawę o CBA, wiadomo już było, że na jej czele stanie nie tylko polityk PiS, ale człowiek owładnięty manią tropienia urojonych spisków i układów – Mariusz Kamiński. Ustawę uchwalono także głosami Platformy.
Po zmianie władzy Donald Tusk pozostawił Kamińskiego na czele CBA. Na uwagi, że jest to formacja PiS-owska, powiedział rzecz zdumiewającą: PiS ma CBA, ale my, tj. Platforma, mamy ABW. Bardzo oryginalna wizja państwa, w którym poszczególne służby specjalne znajdują się w strefach wpływów różnych partii. W demokratycznym państwie prawa służby specjalne powinny być apolityczne i nie musi ich być aż tak wiele jak w Polsce. Dodać należy, że wtedy premier mógł bez trudu zdymisjonować szefa CBA, któremu zgodnie z ustawą nie wolno angażować się w politykę, a Mariusz Kamiński czynnie i jawnie w politykę się zaangażował, mówiąc na konferencji prasowej, którą zwołał po zatrzymaniu posłanki Sawickiej, a było to tuż przed wyborami, że Polacy powinni teraz wiedzieć, na kogo głosować.
Został więc Kamiński na czele CBA. Specsłużby mogącej bez ograniczeń i bez zewnętrznego nadzoru inwigilować obywateli, zbierać o nich wszelkie dane, podsłuchiwać ich, czytać ich korespondencję. Z faktu, że szef CBA podlega bezpośrednio premierowi, wynika rzecz, o której premier Tusk zdaje się nie pamiętać – że ponosi on odpowiedzialność za działania CBA, w tym także za działania patologiczne.
A CBA od samego początku swego istnienia aż dotąd żadnej afery nie wykryło, owszem, kilka wyprodukowało, przekraczając dopuszczalne granice prowokacji policyjnej (tego m.in. dotyczy śledztwo, w którym Kamiński ma postawione zarzuty). Dokonywało też widowiskowych, zakazanych przez prawo zatrzymań. Zestawiając statystyki, łatwo stwierdzić, że wbrew założeniom udział CBA w zwalczaniu przestępczości korupcyjnej jest stosunkowo niewielki. Ciągle ponad 90% tego typu przestępstw ujawnia policja. Zamiast tropić korupcję na szczytach władzy – do tego w gruncie rzeczy, zdaje się, powołano CBA – ściga ono korupcję głównie wśród lekarzy, celebrytów i artystów.
Wizerunek legendarnego agenta Tomka, który, zdaje się, nie tylko zdobył dowody na korupcję byłej posłanki Sawickiej, ale nadto jej miłość, nakłaniał do korupcji Weronikę Marczuk-Pazurę i realizował idiotyczną operację przeciwko Jolancie Kwaśniewskiej, został ostatnio zdekonspirowany. Ludzie przesyłali go sobie w formie MMS-ów, opublikowały go tabloidy, a posłanka Sawicka obdarowała nim sąd. Wygląda na to, że tajna broń CBA, amant o urodzie Alfonsa z brazylijskiego serialu, została właśnie rozbrojona. Swoją drogą, zastanawiam się, w jaki legalny sposób zostanie rozliczony zakup domu w Kazimierzu? Czy naprawdę chęć skompromitowania byłej prezydentowej była tak wielka, że pozwolono sobie na tak kosztowne akcje? I kolejne pytanie, czy aby na tę operację specjalną w Kazimierzu wyrażał zgodę prokurator generalny, przy okazji minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska? Tak czy owak, za wszystkie te operacje, które wymyślał i realizował Kamiński, odpowiedzialność ponosi rząd i osobiście premier jako bezpośrednio nadzorujący szefa CBA.
Ustawa dająca tak szerokie kompetencje CBA praktycznie nie pozwala odwołać jej szefa przed upływem kadencji. Jest to rozwiązanie niemądre, zarówno z prawnego, jak i politycznego punktu widzenia. Jego wprowadzenie było uzasadniane tak, że dzięki tej nieusuwalności szefa CBA jego służba może bez obawy tropić korupcję na szczytach władzy. Twórcy tego rozwiązania nie zdawali sobie sprawy z tego, że faktycznie oddają władzę w ręce służby specjalnej, stanowiąc ją ponad rządem. Efekty widać teraz. Szef CBA formalnie podlegający premierowi może bezkarnie na konferencji prasowej zarzucać premierowi kłamstwo, kpić z premiera i rządu, formułować przeciw niemu zarzuty i insynuacje, że dopuścił się przecieku informacji tajnej, a więc faktycznie popełnił przestępstwo. Urzędujący premier może tylko polemizować ze swoim podwładnym. Więcej, ustawa o CBA pozwala na to, aby szefem CBA była osoba mająca status podejrzanego w procesie karnym. Taki status ma Mariusz Kamiński po przedstawieniu mu zarzutów przez prokuraturę w Rzeszowie. Zarzut dotyczy przekroczenia uprawnień w zakresie kierowania CBA. Mógłby równie dobrze dotyczyć zabójstwa. Nie byłaby to też podstawa do odwołania. Zgodnie z ustawą do czasu skazania prawomocnym wyrokiem nie ma podstaw do odwołania. Tak mądrą ustawę uchwaliło swego czasu PiS do spółki z Platformą. Prawdziwy POPiS mądrości, znajomości zasad państwa prawa, zdolności przewidywania skutków przyjętych rozwiązań prawnych. Okazją do ucywilizowania ustawy o CBA i zmiany jego szefa był projekt nowelizacji złożony przez LiD, odrzucony głosami Platformy w pierwszym czytaniu. Dopiero teraz premier postanowił wyrzucić Mariusza Kamińskiego. Jak uzasadniał w Sejmie, za insynuacje i kłamstwa. Nie będzie to, jak widać, proste.
Jedyna legalna droga do odwołania szefa CBA mogłaby być taka, że ponieważ Kamiński stał się podejrzanym w procesie karnym, teoretycznie ABW może mu cofnąć tzw. certyfikat bezpieczeństwa, dający dostęp do informacji niejawnych. Posiadanie tego certyfikatu jest zgodnie z ustawą warunkiem koniecznym do zajmowania stanowiska szefa CBA. Ale cofnięcie certyfikatu przez ABW wywołałoby awanturę i zarzuty, że do walki politycznej z Kamińskim i PiS włączono teraz kolejną specsłużbę. Wyrzucenie Kamińskiego oparte na jakiejkolwiek innej podstawie prawnej będzie wymagało co najmniej lekkiego sfalandyzowania prawa, co natychmiast PiS podniesie, uznając decyzję premiera za bezprawną i jako taką – nieważną. Do chóru obrońców Kamińskiego z całą pewnością włączy się prezydent. PiS będzie się domagało dla Tuska Trybunału Stanu. Nic z tego oczywiście nie wyjdzie, ale awantura będzie trwała długo. Kamiński będzie przedstawiany jako męczennik za prawdę, Tusk jako ten, który łamiąc prawo, tego męczennika prześladuje z zemsty za to, że wykrył aferę, w którą są zamieszani politycy PO, a być może z obawy, aby czegoś jeszcze gorszego dla Platformy nie ujawnił.
Kontynuacją tej awantury będzie długotrwałe pasmo drobniejszych awantur, nieuchronnych, jeśli zostanie powołana komisja śledcza. Obraz męczennika Kamińskiego i jego krzywdziciela Tuska będzie w opinii publicznej się utrwalał. Słupki poparcia systematycznie odtąd będą Platformie spadać. Na tle całej afery hazardowej okazuje się, że największym hazardzistą był premier Tusk, zostawiając Kamińskiego na stanowisku. Był to rzeczywiście hazard, i to z gatunku „rosyjskiej ruletki”. Niestety, hazardzista musi się też liczyć z przegraną. Dlaczego premier jest nią zaskoczony?

Wydanie: 41/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy