Literacka polityka

Literacka polityka

Wiersze Władysława Broniewskiego nie były w III RP zakazane, ale brak zakazu czasem trudniej obejść niż zakaz na piśmie. Jeżeli wolno wydawać, a się nie wydaje, to na co można się powołać? Czy na kolosalny zysk, jaki poezja przynosi? Ktoś wpadł na dobry pomysł: żeby drukowanie poety komunistycznego było dopuszczalne, trzeba go przeszeregować do obozu antykomunistycznego. Nie było trudno udowodnić, że Broniewski należał do poszkodowanych przez komunizm, i od czasu, gdy dowód został przeprowadzony, „Drzewo rozpaczające” stało się znowu piękną poezją.
Z licznych recenzji „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza dowiedzieliśmy się, że wielką skazą na twórczości tego poety jest, że nie podpisał listu 34, nie ustosunkował się do wydarzeń w Radomiu i w Ursusie, nie potępił usunięcia Leszka Kołakowskiego z PZPR i nie zrobił kilku innych posunięć podobnej wagi. Wszyscy poeci jego pokolenia i młodsi są pod tym kątem badani. (Zwracam uwagę, że w tym kwestionariuszu nie ma pytania o stosunek do aresztowania Gomułki i prymasa Wyszyńskiego). W jednym z artykułów po śmierci Wisławy Szymborskiej pojawiła się kwestia, jaki był jej stosunek do upadku rządu Jana Olszewskiego. O cenionym prozaiku i też poecie Kornelu Filipowiczu napisano gdzieś, że dożył szczęśliwie do wolnych wyborów i ze wzruszeniem przyjął z rąk Jana Józefa Lipskiego legitymację reaktywowanego PPS-u. Nie spodziewałem się, że legitymacja partyjna Leszka Kołakowskiego lub własna może wzbudzić w pisarzu aż takie emocje.
Nie sądzę, żeby w Polsce komunistycznej czy demokratycznej poeci mieli tyle mocy sprawczej, żeby ustalenie hierarchii między nimi uzależniać od ich opinii, powiedzonek czy listów na tematy uchodzące za polityczne. Żądać (grubo po terminie) od Jarosława Iwaszkiewicza, żeby reagował był na rzekome „ścieżki zdrowia” w Radomiu, to robić sobie żarty z poważnego człowieka.
Polityka w naszych czasach jest wehikułem, którym najłatwiej wjeżdża się na arenę publiczną. Wszystkim grafomanom polecam polityczne zaangażowanie. Poważnym pisarzom odradzam. Mickiewicz w „Księgach narodu polskiego” „rozstawia po kątach” mocarzy tego świata, ale to „dziełko pełne złości i lekkomyślności”, jak słusznie określił je papież Grzegorz XVI, w spokojnych czasach ośmiesza wspaniałego poetę i tylko w momentach katastrofy nadaje się do publicznego recytowania.
Z niemijającą ciekawością czytam wywiady prasowe Tadeusza Konwickiego. Już sam jego język jest odkrywczy. Nie nudzi, nawet gdy się powtarza; jest mądry dwiema mądrościami: tą z książek i tą z własnego życia, w której tkwi spora doza przebiegłości. Lubię prozę Konwickiego w dawce dla mnie odpowiedniej. W całości, wyznaję ze wstydem, przeczytałem jedną tylko jego powieść, mianowicie „Władzę”. Dał mi ją nauczyciel polskiego. Do dziś pamiętam z niej parę zdań, jakby sztucznie wtrąconych, które wtedy wzbudziły we mnie pewien lęk. Była tam mowa o odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznym i jakie ono groźne. Miałem taki charakter, że gdy komuś w klasie coś zginęło, popadałem w przestrach, iż podejrzenie może paść na mnie.
Wywiady z Konwickim zahaczają o tamte czasy. Ciekawą rzeczą jest obserwować, jak to, co on chce powiedzieć, natyka się na twardy antypeerelizm rozmówców. On mówi: czuję się odpowiedzialny za to, co tworzyliśmy. Branie odpowiedzialności oznacza także częściowe, warunkowe uznanie dla przeszłości. Zanim dokończy myśl, dziennikarz zamienia mu słowo „odpowiedzialny” na „winny”, a tym samym wstydzący się i potępiający. Tego dziennikarskiego fałszerstwa on nie prostuje, bo może myśli, że nie warto, a może nie ma siły.
W jednym z wywiadów skarżył się, że w PRL-u piętnaście razy wyrzucano go z pracy: z redakcji, z Ministerstwa Kultury, z zespołu filmowego itd. Rozumie się samo przez się, że skoro piętnaście razy go wyrzucali, to piętnaście razy musieli go przyjmować. Dla rozmówcy liczyło się tylko wyrzucanie. Dwaj naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego sporządzili kronikę życia Konwickiego pod kątem (że się tak kolokwialnie wyrażę, teraz wszyscy wyrażają się kolokwialnie) prześladowań, jakim podlegał, i dojrzewania do demokratycznej opozycji. „Gazeta Wyborcza” drukowała to w dwunastu odcinkach. Rok 1956 – naród się raduje, a kronikarze notują: Konwicki „wycofuje się z życia literackiego”. Jeżeli nie z tego powodu, że poświęca się sztuce filmowej, to nie rozumiemy dlaczego. 1958, maj: wraz z Marianem Brandysem, Leszkiem Kołakowskim i paroma innymi odchodzi z redakcji „Nowej Kultury” w proteście przeciw zmianom personalnym, ale w następnym roku przyjmuje już nagrodę tejże „Nowej Kultury”. 1964, wiosna: „w związku z niepodpisaniem kontrlistu do Listu 34 problemy z nakręceniem »Salta« (aż do października)”. Rok 1966 – dramatyczne zwroty sytuacji: wyjazd do Moskwy, protest przeciw usunięciu Leszka Kołakowskiego z PZPR, skreślenie z listy członków partii i zaraz ponowny wyjazd na konferencję Pen Clubu do Hamburga. Konwicki pisze, kręci filmy, przewodniczy, kolauduje, reprezentuje w kraju i za granicą, ale kronikarze chcą go mieć za cierpiętnika, „nigdzie zatem nie pracuje, aż do 1970”. Za wydarzenie godne odnotowania dla potomności uważają list do rektora uniwersytetu w obronie relegowanych studentów. Użalają się też, że książkę złożoną w marcu 1970 wydawnictwo publikuje dopiero w 1971.
Konwicki dzięki talentom, pracowitości i umiejętności życia z ludźmi żył twórczo i odnosił sukcesy. Przeszkód ze strony systemu doświadczył – sądząc na oko – mniej niż człowiek z podobnymi talentami w demokracji czy innym kapitalizmie. Nieważne jednak są konkrety, liczy się wizja ogólna, według której Konwicki „doświadczył życia w dwu totalitaryzmach” i jako „nasz człowiek” musiał być prześladowany i na wszelkie sposoby tępiony.

 

Wydanie: 7/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy