Po co jedliśmy tę żabę?

ZAPISKI POLITYCZNE 

Wiele dni tego roku spędziłem w towarzystwie ludzi z bardzo niskiego szczebla zamożności, o niewielkim poziomie wykształcenia, a na dodatek dotkniętych osobistymi nieszczęściami, gdyż nasze spotkania odbywały się w salach szpitalnych. Zaskoczył mnie wśród tych przygodnych znajomych ogrom nienawiści do elit politycznych. Ostatniego dnia mojej bytności w szpitalu międzyleskim zostałem w windzie rozpoznany przez młodą i wyjątkowo piękną panią jako ktoś mający związek z polityką, co po wielu latach pracy w Sejmie nie jest niczym dziwnym, często się to zdarza. Owa piękna pani zadała mi zdecydowanym głosem pytanie, kiedy właściwie w Polsce będzie się działo lepiej, co przecież politycy ciągle obiecują społeczeństwu. Chciałem to trudne pytanie zaspokoić żartem, przeto powiedziałem, iż ja tego zapewne już nie doczekam, ale ona, sądząc po wyglądzie osoba młoda i na dodatek piękna, zapewne dożyje tej chwili. Żart wywołał nieoczekiwaną reakcję. Po wyjściu z windy piękna pani zamieniła się w tygrysa i zaczęła lżyć klasę polityczną, co do której socjologowie nie są zgodni, czy w ogóle istnieje. Z ataku, jaki ogarnął tę piękność, widać było wyraźnie, że owa klasa nie tylko realnie istnieje, ale jest przedmiotem żarliwej nienawiści tak zwanych szerokich kręgów społeczeństwa. Łajdacy, bandyci, oszuści, złodzieje, kłamcy, co nas oszukali i ograbili, a sami pławią się w naszej krzywdzie i żyją w luksusie.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, porażony lawiną słów. Pani nie oczekiwała odpowiedzi. Szybko znikła w labiryncie szpitalnych korytarzy. Coś ją zapewne niedawno spotkało przykrego i musiała przed kimś swoją rozpacz wykrzyczeć. Padło na mnie, bo właśnie zostałem rozpoznany w stosownej chwili.
Z innych, spokojniejszych rozmów, jakie prowadziłem z pacjentami z sąsiednich łóżek, mogłem wyciągnąć podobne wnioski jak z tego spotkania w windzie. Da się to streścić słowami: rośnie wręcz lawinowo nienawiść do klasy politycznej. Szczególnie silny wybuch owej nienawiści ujawnił się w chwili ogłoszenia publicznie wysokości zarobków prezesa Narodowego Banku Polskiego. O ujawnieniu wysokości zarobków zdecydował zresztą sam profesor Balcerowicz. Powiedział o tym uczciwie i otwarcie. Za czasów pani Gronkiewicz-Waltz sprawa jakoś nikogo nie interesowała, ale ona nie miała wrogów politycznych. Była postrzegana na tym stanowisku raczej jako ekspert niż jako polityk. Natomiast profesor Balcerowicz, do niedawna przewodniczący Unii Wolności, uchodzi za symbol wszelkiego zła, jakie wiąże się z transformacją ustrojową. Taki dyżurny, wszystkiemu winny szatan. Nic też dziwnego, iż jego zarobki – porównane z tym, co mają za pracę, albo z powodu jej braku, przeciętni Polacy – budzą furię. Choć jest w Polsce sporo ludzi zarabiających nie mniej niż profesor, nie z nimi kojarzą się takie fatalne nazwy jak “kuracja szokowa Balcerowcza” lub temu podobne.
Nienawiść do bogatych nie jest w społeczeństwie dotkniętym powszechną biedą czymś nadzwyczajnym, ale wszyscy zostaliśmy przez długie lata ukształtowani w swoistym umiłowaniu egalitaryzmu. W realnym socjalizmie nie istniały jawnie aż tak wielkie różnice sytuacji materialnej, wyrażane w gotówce. Byli, oczywiście – i to dość liczni – ludzie, których rzeczywisty poziom życia i dochodów wielokrotnie przekraczał przeciętną, ale to nigdy nie było tak łatwe do podsumowania jak teraz. Ludzie na stanowiskach korzystali z przeróżnych przywilejów, byli wyposażani w luksusowe mieszkania, i oni, i ich rodziny z wielką łatwością odbywali podróże zagraniczne, zaopatrywali się w sklepach dla specjalnej klienteli – krótko mówiąc, istniał realnie cały system skrywania rzeczywistych różnic materialnych pomiędzy obywatelami PRL. A tu nagle emeryt dowiaduje się, że ktoś na publicznym, państwowym stanowisku zarabia aż 100 (słownie: sto) razy więcej niż on po kilkudziesięciu latach pracy. Już sam ten fakt wystarczy, by uznawać ludzi korzystających z tak olbrzymiej dysproporcji zarobkowej za bandytów, złodziei i łotrów skończonych. Do tego rachunku nierówności trzeba jeszcze doliczyć trzy miliony ludzi bez pracy, z tego ponad dwa miliony bez jakichkolwiek dochodów.
Fakty i cyfry są bezlitosne. Nikt nie może podważyć wiarygodności informacji o rozmiarze bezrobocia czy o wielkości klęski biedy, do końca nie obliczonej, gdyż potężne bezrobocie wsi nie jest nigdy precyzyjnie szacowane. Otwarte także do pewnego momentu pozostaje pytanie o granicę odporności społeczeństwa na fatalny stan materialny. Przy jakiej wielkości biedy i bezrobocia musi, wcześniej czy później, wybuchnąć jakiś bunt?
Nieboszczce PRL wystarczyła do pojawienia się jego pierwszych oznak kolejna podwyżka cen mięsa i wędlin. Poskramiany brutalnie bunt radomski stał się zaczątkiem generalnej klęski realnego socjalizmu.
Jest skrajną naiwnością przypuszczanie, że państwa gospodarki wolnorynkowej, by nie powiedzieć państwa kapitalistycznego, taka ewentualność nie dotyczy. Gdzieś w mediach ktoś rzucił od niechcenia uwagę, że dziś w Radomiu nie istnieje już ani jeden z zakładów, w których po raz pierwszy podniósł się bunt. Balcerowiczowska reforma wymiotła wszystkie z wolnego rynku. Ludzie poszli na bruk i nic nie wybuchło. Czyżby na tym właśnie polegała wyższość gospodarki wolnorynkowej nad planowaną centralnie, że w kraju rządzącym się zasadami wolnorynkowymi można bezkarniej obniżać poziom życia pracujących niż w realnym socjalizmie? Czyli, krótko mówiąc, mamy tu do czynienia z systemem bardziej wrogim ludziom pracy najemnej niż to było za komuny? To, co piszę, brzmi jak herezja w uszach wszelkiej maści liberałów, ale może być poparte dowodami natury statystycznej. Wprowadzany gwałtownie i nieudolnie system kapitalistyczny, bywa w społecznych skutkach groźniejszy dla ludzi pracy najemnej niż realny socjalizm.
Ta ponura konstatacja rodzi paradoksalne pytanie: Jeśli jest tak, jak jednoznacznie wynika z bierności społeczeństwa na klęski, jakie mu gotuje ustrój gospodarki wolnorynkowej, to po co walczyliśmy o jego zwycięstwo, inaczej mówiąc, po co jedliśmy tę żabę?
Pociesza mnie jedno. Istnieje także, jeszcze nie dostrzegana, granica odporności społeczeństwa na biedę. Po jej przekroczeniu musi nastąpić wybuch. Kiedy ją przekroczymy? Oto kluczowe pytanie w naszej niefrasobliwej egzystencji.
27 czerwca 2001 r.

Wydanie: 27/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy