Nie czytałem

Nie czytałem

Pierwszy czwartek października, Nobla dziś dają. Redakcja zasugerowała, żebym naprędce napisał felieton o laureacie, ale ryzyko, że pierwszy raz w życiu o nim usłyszę w chwili ogłoszenia werdyktu, szacuję wysoko. Jestem czytelnikiem nałogowym, buszującym w trawie literackiej i nasłuchującym, co w niej piszczy, wiernie abonuję od z górą 30 lat „Literaturę na Świecie” (notabene w aktualnym numerze polska premiera zjawiskowego „Pana prezydenta” Miguela Asturiasa – pierwszego literackiego noblisty z Ameryki Łacińskiej), ongiś sam byłem pisarzem o renomie pozwalającej poznawać osobiście szeregi wziętych autorów obcojęzycznych – a mimo to niemal co drugie nazwisko zwycięzcy z ostatniego ćwierćwiecza nic mi nie mówiło. Dwa razy z rzędu ostatnio tak się zdarzyło, że świeżo ogłoszeni nobliści nie mieli w ogóle przełożonych książek w języku polskim, więc rozumiem tę nagłą panikę dziennikarzy, którzy nie wiedzą, do kogo zadzwonić z pytaniem, szukają ze świecą literaturoznawców potrafiących choćby poprawnie wypowiedzieć nazwisko autora.

Mnie zaskakujące werdykty cieszą niepomiernie bardziej od tych przewidywalnych, no bo cóż mi po tym, że ze wszech miar słusznie nagradza się pisarza, którego wszystkie ważne książki już czytałem i je wielbię (tak było z Vargasem Llosą) lub chociaż szanuję (Herta Müller), ba, nawet nagroda dla znajomej wzbudziła tylko ciepły uśmiech, bo choć Olga Tokarczuk zdaje się być po prostu urodzoną noblistką, drugi raz jej książek czytać mi się nie chciało – a lubię dopisywać do listy zadań lekturowych coś nowego. Kibicowski okrzyk radości, że „nasi wygrali”, chwilę później gaśnie wobec rozczarowania, że komisja nie wyciągnęła jakiegoś królika z kapelusza, którego będzie należało sprawdzić – głód poznania jest u mnie większy niż pragnienie uznania dla moich gustów. Najbardziej cieszyłem się chyba z Heaneya i Tranströmera, którzy mieli szczęście do wybitnych polskich tłumaczy, przez co dojrzewałem w stałej obecności ich poezji, a wiersze dojrzewały we mnie. Pomnę, jak niegdyś znajoma harvardzianka chwaliła się, że Heaney mieszkał w tym samym budynku w kampusie i kiedy przypadkiem zajrzała do niego celem pożyczenia odkurzacza, odparł jej zadumany: I live in a vacuum, but I don’t have a cleaner for it. Zrozumiałem wtedy, że poetą się jest, nie zaś tylko bywa.

Najgorzej jednak dzieje się, gdy pilnie zlecone przekłady wyczekiwanych książek przynoszą zawód; autor z owianego tajemnicą sensacyjnego laureata wzbudzającego dreszczyk emocji staje się przecenionym z niedocieczonych przyczyn nudziarzem, a miarodajność nagrody zaczyna budzić podejrzenia. Ani wiersze Glück, ani prozy Francuzów (Modiano i Le Clézio), a tym bardziej powieści Chińczyków (Mo Yan, Gao Xingjian) nie spełniły moich nadziei na odkrycie nowej wartości literackiej i teraz bądź tu człowieku mądry – pochopności jurorów to wina czy pośpiechu tłumaczy? Bywało i tak, że odważne, antymieszczańskie werdykty mnie radowały nieco na wyrost i z czystej przekory, jak w przypadku Elfriede Jelinek, która co prawda napisała przynajmniej jedną wybitną powieść („Pianistka”), ale ubzdurałem sobie, że nagrodę dostała niejako w imieniu patronującego wszystkim nestbeschmutzerom Thomasa Bernharda.

Bywało, że z odwagą przesadzano i najbardziej prestiżowy laur literacki dostawał się kabareciarzowi (Fo) lub piosenkarzowi (Dylan, celowo zdrabniam jego profesję, nie należę do zakonu wyznawców jego ballad). O werdyktach podyktowanych polityczną akuratnością myślę jak najgorzej nie tylko odnośnie do Nobla, Swiatłana Aleksijewicz jest autorką poczciwą i sprawną, ale nie dam wiary, że doczekałaby takiego wyróżnienia, gdyby nie jej dysydencki status.

O, uwaga, ogłaszają. Annie Ernaux? Oczywiście też nigdy nie czytałem nawet zdania, harvardzianka nawet o niej nie słyszała, mówi, żeby pytać romanistów. Trzecia nagroda dla Francji w ostatnich 14 latach, no proszę, a jeszcze niedawno narzekali, że nie mają szczęścia do literackich Nobli – przez prawie ćwierć wieku nie dostali nic, a wcześniej dostawali dziwacy, których nie da się czytać (Simona akurat cenię za brzmienie „Drogi przez Flandrię”, co do Saint-John Perse’a mogę się zgodzić, że hermetyczny), a jak już dostawali zasłużenie, to jeden odrzucił (Sartre), a drugi zginął, zanim zdążył skończyć nową rzecz (Camus). Kończę, trzeba biec do biblioteki po „Lata”, dopóki Czarne nie wznowi, będą zapisy jak nic.

Wydanie: 42/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy