Zamalować wszystko

Zamalować wszystko

Mój pierwszy kontakt z cenzurą obyczajową dokonał się za sprawą cioteczki we wczesnych latach 80. Siostra ojca starała się czuwać nad moim życiem duchowym, a przynajmniej baczyć, by nie uległo ono przedwcześnie turbulencjom wynikłym z edukacji seksualnej. Jak wielu rówieśników byłem wiernym fanem miesięcznika „Fantastyka”, który, od pierwszego numeru począwszy, odważnie sobie poczynał w sferze ikonograficznej. Heroiny kosmiczne wabiły z okładek pisma w głębokim negliżu, o czym jednak dowiedziałem się z niejakim opóźnieniem, kiedy jeden z numerów (a nie było o nie łatwo, ja miałem inną cioteczkę w kiosku Ruchu i to był przywilej „spod lady”) przyniósł do szkoły kumpel. Okazało się, że na okładce jego egzemplarza widać znacznie więcej golizny niż na moim. Po lekcjach zajrzałem do niego w celach porównawczych – wszędzie tam, gdzie na okładkach moich „Fantastyk” bohaterki zakutane w czarne kostiumy kąpielowe odsłaniały czasem ledwie kawałek umięśnionej łydki tudzież ramię, w kolekcji kumpla były co najmniej półnagie. I wyszło na jaw, że cioteczka przechwytywała pismo, nim dostało się w moje ręce, i prewencyjnie czarnym jak sutanna flamastrem zamalowywała to, czego w jej mniemaniu oczy nieletnie widzieć nie powinny.

Przywołuję to wspomnienie nie tylko dlatego, że partia rządząca odgraża się, że wprowadzi pornoprohibicję. Ustami mistrza mowy wiązanej (wszystkim, którzy jeszcze jej nie odkryli, polecam facebookową stronę Wiersze Mateusza Morawieckiego pisane w Excelu) PiS ogłasza, że niebawem dostęp do pornografii internetowej zostanie ograniczony lub zablokowany. W walce o nowy model Polaka musiała nadejść i ta prekursorska chwila, choć mniemam, że rząd najpierw wybada paluszkami grunt sondażowy, bo może się okazać, że oderwanie od pornhuba denerwuje elektorat znacznie bardziej niż podwyżka akcyzy na alkohol. Ale co tam, najwyżej voyeuryści będą musieli wrócić do starodawnego lornetkowania sąsiadek (już klasyk Kieślowski w filmowej wersji szóstego przykazania diagnozował szkodliwość pokątnego łypalstwa). Uzależnionym od obrazów nagości pozostaną (na razie) muzealne akty, choć wcale nie muszę uruchamiać dystopijnej wyobraźni, żeby zobaczyć, jak to w nieodległej przyszłości znużeni pilnowacze sal wystawowych wreszcie dostaną ożywcze zadanie. Oprócz zwracania uwagi, by nie podchodzić za blisko płócien i rzeźb, będą jeszcze nakazywali zwiedzającym wyjmowanie rąk z kieszeni.

Z czasem wszelka golizna z muzeów niechybnie zniknie, granice pornografii wyznacza bowiem oko i motywacja patrzącego – na wszelki wypadek ajatollahowie PiS ubiorą wszystkich. Opaska ostrzegawcza, że ekspozycja „tylko dla dorosłych”, nie wystarczy – ajatollah Jan, ongiś zdolny basista, teraz wielki naprawiacz świata z etatem na Woronicza, odwiedził był w zeszłym tygodniu warszawskie Centrum Sztuki Współczesnej i zobaczył tam takie obrzydliwości, których w jego przekonaniu nawet dorośli oglądać nie powinni. Próbując piętnować Karola Radziszewskiego jako przedstawiciela sztuki zwyrodniałej, nakręcił promocję wystawie „Potęga sekretów”, na którą po prawdzie wcale nie miałem ochoty się wybierać, póki wizyta w galerii nie zaczęła nosić znamion aktu politycznego.

Radziszewski do moich ulubionych artystów nie należy, choć jego strategia i konsekwencja może imponować. Także na wystawie w Zamku Ujazdowskim przybiera raczej postawę archiwisty, kronikarza ruchów LGBT, nade wszystko w dziale poświęconym Queer Archive Institute, gdzie baczne oko Jana mogło wyłapać akty męskie, a nawet fotografię gejowskiego fellatio. W najgłośniejszych dziełach Radziszewski rekontekstualizuje i odkłamuje historię, jak w słynnym „Poczcie” queerów polskich od Bolesława Śmiałego po Marię Janion, do którego swoisty dodatek stanowi malarski i filmowy portret Ewy Hołuszko. To najbardziej niewygodna dla prawicy bohaterka solidarnościowego podziemia, od kiedy zdecydowała się poddać tranzycji. W dodatku Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski otrzymała z rąk Lecha Kaczyńskiego (skądinąd przyszło mi teraz do głowy, że pisowcy powinni otrzymywać Ordery Owrzodzenia Polski – skoro krytycy filmowi mogą przyznawać Złote Maliny, niech strona opozycyjna powoła kapitułę i nagradza corocznie ludzi, którzy położyli niezbite i wyjątkowe zasługi w działaniu na szkodę państwa). W innych dziełach Radziszewski ze swadą uprawia sztukę zawłaszczania, jak choćby w monumentalnym „Hiacyncie”, queerującym klasyczny już „Zachód” Ralfa Winklera. Bierze też na warsztat blaszany Grzybek z placu Trzech Krzyży, najsłynniejszą warszawską pikietę przy szalecie publicznym, gdzie, jak głosi legenda, sam Allen Ginsberg „złapał mendy w brodę” – zmiażdżony wrak Grzybka straszy w jednej z sal.

Appropriation art ma różne oblicza, jednym z moich ulubionych była zabawa z własnym ego Edwarda Dwurnika, który skupował prace innych artystów, by je przemalowywać lub wręcz zamalowywać. I tu wracamy do cioteczki – myślała, że tylko cenzuruje, a była artystką. Co nam jeszcze zamalują władcy duszy suwerena, najbliższa przyszłość pokaże.

Wydanie: 4/2020

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy