Jak symbioza stworzyła świat

Wieczory z patarafką

Powodem przeczytania książki Lynn Margulis było nazwisko tłumacza, Marcina Ryszkiewicza, biologa i autora bardzo ciekawych książek. Książka nosi tytuł „Symbiotyczna planeta”, zaś jej autorka była pierwszą żoną astronoma, Karla Sagana, co z werwą opisuje. W ogóle upowszechniła się metoda przydawania tematom naukowym wątku biograficznego, co zresztą jest bardzo miłe i wielce znaczące. Pewnie to jakiś daleki wpływ Heisenberga i jego zasady nieoznaczoności: 2 x 2 = 4, dobrze, ale kto tak twierdzi? Sam tak robię, posługując się przy tym opinią mojego kota.
Otóż Lynn Margulis jest jedną z heretyczek neodarwinizmu. Wedle niej, rozwój życia to nie ustawiczne rozszczepienia i podziały, ale odwrotnie – scalanie i łączenie. To się nazywa ‚teoria seryjnej endosymbiozy”, w angielskim skrócie SET. Obejmuje zaś dosłownie wszystko. „Pojęcie ewolucji – pisze autorka – jest wystarczająco pojemne, by objąć i kosmos, i gwiazdy, i życie – w tym, rzecz jasna, człowieka razem z jego biologią i technologią. Ewolucja to, krótko mówiąc, historia wszystkiego”. Jak to sobie autorka wyobraża? Ano na samym początku były tylko pojedyncze komórki – bakterie. I zaczęły się wzajemnie zjadać, ale zdarzało się, że nie mogły strawić wszystkiego. Z tych właśnie niestrawionych resztek uformowały się narządy wewnętrzne owej silniejszej komórki, jądro organelle i tak dalej. Nawiasem mówiąc, tak właśnie wyglądała pierwsza kopulacja, czyli wszystko zaczęło się od, hm, związku a la Clinton. I tak to się już zlepiało a zlepiało bez końca. Wszystko to jest naturalnie znacznie bardziej złożone, a przy okazji Margulis rozdaje gęsto ciosy ortodoksyjnym neodarwinistom. Ponieważ i tam na stu uczonych jest 255 szkół, poglądów i świętych przekonań.
Oczywiście, w książce są różne wątki szczegółowe, porywające chyba tylko samych biochemików. Natomiast syndrom seksu i śmierci ma coś do zaoferowania normalnemu człowiekowi. Seks, wedle Margulis, zaczął się z głodu i doprowadził do struktur życia bardzo złożonych. Ale wraz z nim pojawiła się i śmierć – czego już autorka równie jasno i klarownie nie tłumaczy, a bardzo szkoda. „Złożony rozwój osobniczy oznaczał z konieczności „narodziny śmierci”, jako swego rodzaju choroby przekazywanej drogą płciową” – to ostatnie zdanie znamy jako tytuł filmu Zanussiego. A wszystko to na drodze symbiozy maleńkich form – pojedynczego plemnika nie widzimy wszak gołym okiem. I to jest siła przemożna, zniewalająca, czego zresztą każdy z nas doświadczył nieraz na sobie. Margulis stawia kropkę nad i: „Życie zwierząt to seks za wszelką cenę”.
Nie dodaje oględnie, że i my w tym samym sensie jesteśmy zwierzętami, nie wymienia „rozmnażania”, tylko „seks” właśnie. Przedtem jakby mimochodem powiada, że mniej jej zależało na kolejnych mężach niż na dzieciach, których ma również sporo. Ale pozwólmy kobiecie na odrobinę niekonsekwencji. Przyjmijmy za dobrą monetę, że seks był zrazu czymś w rodzaju nieudanych aktów kanibalizmu”, a może być uważany za związek symbiotyczny – żal, że na ogół krótkotrwały. Ale uwaga: z wyjątkiem pluskwiaków, ropuch czy przywr „praktykujących niekończącą się kopulację”.
Wreszcie autorka wykonuje skok decydujący. Rzecz w tym, że jest zwolenniczką sławnej hipotezy Lovelocka, traktującej Ziemię jako jeden złożony organizm. Otóż hipoteza „Gai”, bo tak ją Lovelock nazwał, ma różne warianty. Margulis odcina się od wszelkiej interpretacji metafizycznej, bo zresztą jest zaciekłą empiryczką-materialistką, ale zajmuje stanowisko dość zaskakujące: Ziemia poradzi sobie ze wszystkim, od zderzenia z planetoidą poczynając, na zanieczyszczeniach kończąc, tylko musi przedtem wygubić rodzaj ludzki z jego przywarami. Nie bardzo nas to cieszy, ale właściwie co z tego? Jeśli nie wstrzymamy eksplozji demograficznej, to po prostu wyginiemy w całości. Autorka nie wydaje się tym przejmować. Swoją drogą, twarda baba.

 

Wydanie: 52/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy