Spokój prochom

Spokój prochom

„Nasz Dziennik” z 17 listopada. Kolejna wiadomość z dziedziny narodowej nekrofilii: „Szczątki dwóch zasłużonych oficerów Wojska Polskiego powrócą za tydzień ze Stanów Zjednoczonych do Polski. O sprowadzeniu ciał płk. Ignacego Matuszewskiego i mjr. Henryka Floyar-Rajchmana zadecydował szef MON Antoni Macierewicz. (…) W celu przybliżenia postaci obu oficerów Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych wyprodukowała specjalny banknot okolicznościowy poświęcony płk. Matuszewskiemu oraz druk zabezpieczeniowy poświęcony mjr. Floyar-Rajchmanowi. (…) Podczas wojny obronnej 1939 r. wywieźli zasoby polskiego złota do Francji. Oficerowie odgrywali dużą rolę na emigracji, m.in. zakładając Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku. – Byli bardzo ważnymi postaciami, zwłaszcza w okresie II wojny światowej, kiedy de facto wzięli na siebie ciężar prowadzenia całej walki o sprawę polską na terenie Stanów Zjednoczonych – wskazał Cenckiewicz”.

Zacznijmy od roku 1940. Wielką tragedią Polaków było to, że klęska wrześniowa nie tylko nie przekreśliła „rachunków krzywd”, ale nawet nie umniejszyła w niczym zaciekłego, partyjnego pieniactwa. W obozie Sikorskiego prym wiedli w tym względzie prof. Stanisław Kot oraz płk Izydor Modelski, dla których ściganie i upokarzanie piłsudczyków stało się zadaniem ważniejszym bodaj niż polityka wobec aliantów czy pomoc okupowanemu krajowi. Tak się złożyło, że Matuszewski i Rajchman byli stuprocentowymi ludźmi marszałka, a po jego śmierci wybitnymi członkami tzw. grupy pułkowników. Kiedy więc dowieźli do Paryża uratowany skarb, nie tylko nie odpłacono im wdzięcznością, ale wręcz rozpoczęto kampanię zniesławiającą. Powołano nawet (skąd my to znamy?) komisję mającą zbadać, czy wydatki w drodze były uzasadnione. Jak wspomina Cat-Mackiewicz: „Zdarzyło się, że w czasie przeładowań złota cały personel biorący w tym przeładowaniu udział, ze względu na południowy upał, pił lemoniadę. Zakwestionowano wydatki na tę lemoniadę”. Panią Rajchman rozbolała głowa. „Ktoś jej kupił proszek od bólu głowy i zapisał ten groszowy wydatek do kosztów transportu. Jak najbardziej poważnie, a z jaką małostkowością, debatowano nad tym, czy tych kilku groszy nie powinna była wówczas zapłacić sama pani Rajchmanowa, względnie minister Rajchman z kieszeni prywatnej, czy nie tkwi w tym sprzeniewierzenie pieniędzy publicznych, względnie defraudacja”. Trudno się dziwić, że wkrótce obaj oficerowie mieli wszystkiego dosyć. Opuścili planetę Sikorskiego, choć to na niej rozgrywały się wtedy decydujące dla przyszłości Polski sprawy, i przy pierwszej okazji udali się do Stanów Zjednoczonych. Problem w tym, że w Ameryce zaczęli à rebours działalność omal identyczną z krzywdzącymi ich przed chwilą nienawistnikami. Przykładem może być sprawa gen. Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego.

Ten także znalazł się w antypiłsudczykowskim młynie. Oczerniano go, odmówiono wcielenia do armii nawet (choć o to prosił) w stopniu szeregowca itd. Ostatecznie, biorąc pod uwagę katastrofalną sytuację materialną obciążonego rodziną Wieniawy, zgodził się Sikorski przyznać mu półfikcyjne stanowisko posła polskiego na Kubie. Chcący jakkolwiek służyć ojczyźnie Wieniawa propozycję przyjął. Od Sikorskiego! Wywołało to wściekłość nowojorskich piłsudczyków. Próżno w Londynie Marian Hemar usiłował lać oliwę na wzburzone fale w pięknym wierszu „Rozmowa z rodakiem”. Zaszczuty Wieniawa popełnił samobójstwo. Tak to potem mjr Floyar-Rajchman komentował Marianowi Romeyce: „On, Wieniawa, człowiek najbliższy Komendantowi, ten jego »Bolek«, jego powiernik, zdradził swojego Wodza! Porozumiał się, pogodził się z największym wrogiem Komendanta… Może największym, jakiego kiedykolwiek miał Piłsudski. Wieniawa sam to zrozumiał, zrozumiał dobrze… Szkoda, że za późno, bo musiał zrozumieć, że za to musi zapłacić. Tak, zapłacić! Zapłacić swoim życiem! Wykupić się z tej hańby! (…) Wśród nas nie było dla niego miejsca”. Czy można się dziwić, że w przedśmiertnym liście skierowanym do Rajchmana zamieścił Wieniawa dopisek: „Wiem, jak potrafisz być okrutnym! Błagam Cię, nie mścij się po mojej śmierci na Bronce i Zuzi (żonie i córce – L.S.)”.

Instytut Piłsudskiego oddał wielkie zasługi historii Polski. Zakładany był przecież przede wszystkim nie za, ale przeciw i w pierwszej chwili bynajmniej nie przeciw komunistycznej Polsce.

Powstaje pytanie – w jakiej mierze uprawnieni jesteśmy do przebierania w naszej bolesnej i czasami niezbyt sławnie skłóconej historii. Kogo wyjmować z grobu i przenosić do innego, komu wybijać medale i produkować druki okolicznościowe? Bo niekiedy zgoła wieloznaczne dydaktycznie robią się z tego igrzyska. I nie wystarczy, że Antoni Macierewicz ma takie czy inne gusta. Odłóżmy na bok szpadle do wykopków. O historii można dyskutować spokojnie i bezideologicznie. Piszczelom dajmy spokój. Im najzupełniej obojętne, gdzie leżą. Niech więc spoczywają w pokoju wiecznym. Amen.

Wydanie: 50/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy