Deszcze niespokojne

Deszcze niespokojne

Deszcze padały zawsze. Ulewne także. Niekiedy ich wyczekiwanie nabierało zupełnie niesamowitych wymiarów, choćby wówczas, gdy w polskim parlamencie (w kaplicy sejmowej) w 2006 r. odprawiano mszę o deszcz zamówioną przez posłów PiS. Czasem deszcz, czasem go brak – wydawałoby się, nic nowego pod słońcem. A jednak nie. Parogodzinne opady w ubiegłym tygodniu doprowadziły do małych klęsk żywiołowych w Poznaniu (przede wszystkim) i Krakowie (na mniejszą skalę). Zatopione auta, nieprzejezdne dla komunikacji ulice, zawalony dach nowo wybudowanej szkolnej hali sportowej, z której dzięki przytomności umysłu dyrektorki chwilę wcześniej ewakuowano uczniów. Awarie prądu i inne dolegliwości. Ktoś powie: przecież nawet nikt nie zginął. Skąd lament nad deszczem, nawet obfitym? Jestem przekonany,w że na to, co wydarzyło się w Poznaniu, należy spojrzeć szerzej (nie powiem w tym kontekście, że głębiej), mądrzej, z wyobraźnią. Obejrzeliśmy bowiem kumulację co najmniej dwóch zjawisk, które są globalnym trendem i na razie tylko kolejną zapowiedzią (na świecie – który poza Polską istnieje, w co Polakom często trudno uwierzyć – podobne kataklizmy bywają bardziej dotkliwe i są jednak zauważane) i ostrzeżeniem. W wyniku zmian klimatycznych – co do tego mamy tzw. naukowy konsensus – zjawiska pogodowe nabierają nieznanej wcześniej lub rzadko występującej gwałtowności, intensywności, obfitości i skali. W ciągu kilku godzin zanotowano opady wysokości jednej dziesiątej opadów rocznych. Z takim rosnącym nasileniem gwałtownych zjawisk pogodowych mamy do czynienia od lat, zaczynamy je widzieć na własne oczy. Jeśli ktoś nie mieszka obok lodowca albo nie obserwuje go przez całe życie, to najczęściej nie ma pojęcia o skali ich topnienia i znikania. Mieszkańcy choćby europejskich Alp – zobaczyli.

Problem wzrostu gwałtowności zjawisk przyrodniczych polega na tym, że będą się tylko intensyfikować. Same się nie zatrzymają. Niektórzy eksperci twierdzą, że my też ich już nie powstrzymamy. Tak świat natury reaguje na zmiany na Ziemi, których sprawcą jest człowiek. Mówię „sprawcą” w znaczeniu przestępczym, wobec globu jesteśmy niszczycielami, szkodnikami, demolkarzami. Tu się zrodził zresztą pomysł najbogatszych na rozbudzenie fascynacji ucieczką na Marsa czy gdzieś tam w kosmos. Żeby zniszczyć kolejny fragment świata, nie ponosząc odpowiedzialności za to, co zrobiliśmy z Ziemią. Możemy zacząć te sygnały odbierać i traktować z najwyższą powagą lub nadal zajmować postawę indyferentną. Nie pytamy kandydatów w wyborach politycznych, jak zamierzają się zachować wobec nadciągających kataklizmów, media interesują się tematem jeden dzień, bo mistrzostwa, bo duperele w mejlach rządzących, bo dwa różne buty na nogach Kaczyńskiego, bo Krystyna Pawłowicz chce od Szwedów odszkodowania za potop, ale ten spod Jasnej Góry. Równocześnie oglądaliśmy spektakl nieprzygotowania wielkiego, wybetonowanego miasta na podobną nawałnicę, mało uspokajająco brzmiał prezydent Jaśkowiak, tłumacząc, że żadne kanały burzowe nie dałyby rady. No cóż, będzie tylko intensywniej i mocniej, może czas pomyśleć i zacząć działać kompleksowo i do przodu? Ubiegłoroczny raport ONZ „Woda a zmiany klimatu” powinien być lekturą obowiązkową polityków każdego szczebla, a może każdego z nas. Woda jest kluczowym elementem i zagrożeń, i szans. „Woda jest podstawą wszelkiego życia na Ziemi i podstawowym prawem człowieka. Dlatego woda powinna być sercem wszystkich działań i strategii podejmowanych w celu przeciwdziałania zmianom klimatu, wdrażania założeń zrównoważonego rozwoju czy przeciwdziałania klęskom żywiołowym i wielu innych programów”.

„Zrównoważony rozwój”, jego cele, metody i strategie – czy kiedykolwiek jakiś główny program informacyjny zaczynał się od takiego problemu? Czy szkoła, w której na indoktrynację katolicką poświęca się więcej godzin lekcyjnych niż na fizykę, biologię, chemię razem wzięte, jest w stanie nas przygotować do wyzwań nadchodzących dekad? Czy jedyną reakcją będzie zamawianie modlitw o deszcz, o brak deszczu, o lżejsze pioruny, łagodniejsze wiatry i bardziej przepustowe kanały odprowadzające potopy deszczówki? Nie czytając sygnałów, pozostajemy bezbronni wobec nadchodzącego. Bo każdego dnia mamy coś do zrobienia. Aż przestaniemy mieć cokolwiek do zrobienia, bo nie przeżyjemy. To ci katastrofizm niewyważony. A tu nie można tak ekstremistycznie. A klimat, pogoda po prostu będą coraz bardziej ekstremistyczne.

Przed kilkoma laty w BBC, wzorze cnót mediów publicznych w Europie i na świecie, wypełniając świętą misję bezstronności (nie obiektywizmu, to jeszcze dodatkowa uzurpacja), wycofano się z praktyki zapraszania przedstawicieli skrajnie odmiennych poglądów na zmiany klimatyczne. Zrozumiano, że nie istnieje symetryzm między opinią i zgodą tysięcy naukowców a wynurzeniami przypadkowych „zwykłych obywateli”. Wyrażono to mniej więcej tak: „Bądźmy świadomi »fałszywej równowagi«. Ponieważ wiadomo, że zmiana klimatu ma miejsce, nie potrzeba »zaprzeczającego«, aby zrównoważyć dyskusję. (…) Aby zapewnić bezstronność, nie musimy włączać do materiałów BBC otwartych sceptyków klimatycznych, dokładnie tak samo, jak nie trzeba zapraszać kogoś, kto zaprzecza, że Szwecja wygrała z Polską zeszłej środy 3:2. Sędzia przemówił” (cytat za Marcinem Napiórkowskim, przykład meczu zmieniony – sens pozostał).

Uczciwie i bezstronnie to nie znaczy dać każdemu tak samo ważący głos. Nauka to nie urna wyborcza.

A burza idzie.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 27/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy