Pisanie na Berdyczów

Pisanie na Berdyczów

Napisałem 200 pism w sprawie decyzji, które są niezbędne w wojskach lotniczych, by mogły normalnie funkcjonować – zdążył powiedzieć gen. Czaban, zanim został zdymisjonowany przez nowego szefa resortu obrony. Takich generałów i oficerów było z pewnością wielu. Gdyby ich propozycje, interwencje, a często i rozpaczliwe lamenty zebrać w jedno miejsce, to byłaby z tego spora biblioteka. Tylko że wojskowi to nie literaci i pisali, bo chcieli konkretnych decyzji. A te były w rękach zwierzchników sprawujących cywilną kontrolę nad armią. Czyli polityków. Skłóconych, podzielonych i delikatnie mówiąc, średnio kompetentnych. Wojskowi pisali więc do nich i pisali. A mogli przecież od razu pisać na Berdyczów. Gdy nie pisali, to poważni ludzie, doceniani w świecie generałowie, pętali się między Biurem Bezpieczeństwa Narodowego, któremu szefował Aleksander Szczygło, pilnujący interesów Lecha Kaczyńskiego, a Bogdanem Klichem, ministrem obrony o słabej pozycji w rządzie Tuska. I gdy jedni chcieli kogoś awansować, drudzy stawali na głowie, by do tego nie doszło. Takie były gry i zabawy świata polityki, które, choć w efekcie zawsze szkodzą, to w przypadku wojska i żołnierzy prędzej niż później prowadzą do ofiar. Przykład kariery gen. Błasika jest dramatyczną wizytówką tej polityki i sposobów grania wojskiem. Błasik, który po katastrofie casy powinien otwierać listę ukaranych, zamiast tego błyskawicznie awansował dzięki protekcji byłego prezydenta.

Po stosunkowo rzetelnym raporcie komisji Jerzego Millera o okolicznościach katastrofy powinien powstać dokument oceniający wzajemne relacje między cywilną a wojskową częścią zarządzania obroną narodową po 20 latach praktyki. Cywilna zwierzchność nad wojskiem jest dziś w świecie standardem. Ale, jak wszystko, podlega ocenie. W Polsce, niestety, nie ma debaty nad tym, jak te relacje wyglądają. A byłoby o czym dyskutować i jest co zmieniać lub poprawiać. Sądzę, że mamy tu ogromne i niewiele kosztujące rezerwy, które, sensownie wykorzystane, mogłyby dać armii nowy impuls i nową jakość. Tylko czy można w tej sprawie spodziewać się konsensusu ze strony głównych partii? Pewno nie, ale możemy przynajmniej naciskać na takie porozumienie.
W jakiej kondycji może być armia tak zarządzana jak nasza? Stan, który pokazuje raport komisji Millera, jest zapisem niewiarygodnego bałaganu, nieprzestrzegania procedur, braku wyobraźni i rozsądku. Tym bardziej zastrzeżenia budzi obecność w składzie komisji osób pośrednio odpowiedzialnych za stan lotnictwa, a więc i za ten wypadek.

Komisja zrobiła swoje. I to jest pierwszy etap. Ale jeśli katastrofa pod Smoleńskiem ma definitywnie zamknąć etap bałaganu, to za raportem musi pójść rozliczenie wszystkich winnych. Także tych, którzy ponoszą odpowiedzialność polityczną. Bo gdyby miało się skończyć na ministrze obrony, to znaczyłoby, że ocena stopnia odpowiedzialności zależy od widzimisię premiera. A to byłaby prosta powtórka niefrasobliwych zachowań sprzed katastrofy. Wyboru dużego nie ma. Albo się czegoś nauczyliśmy po tej tragedii, albo pozostaniemy nienauczalnymi matołami.

Wydanie: 32/2011

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy