Droga na Budapeszt

Droga na Budapeszt

Poranek jak co dzień – toaleta, kawka, e-gazeta… zaraz, co to ma być? Czarny ekran, apel „media bez wyboru” i list do władzy w sprawie bandyckiego projektu haraczu na nieprawomyślnych. Dzwoni telefon, u mamy już prawdziwa trwoga. Myślała, że znowu nie zapłaciłem „za dekoder”, ale wczytała się i teraz lamentuje przerażona, że stan wojenny – nie ma jej ulubionych programów, „zostawili ino te k**ewskie kanały, jo tego nie szczymia”. Pocieszam; nie mówię, że się cieszę jej zmartwieniem, bo to znaczy, że akcja działa – co tam gazety dla wykształciuchów, jak się ludożerka zorientuje, że PiS chce jej zabrać ulubione seriale, tę kiełbasę dla oczu, będzie rozróba.

Wojna z mediami spoza rządowego garnuszka wkracza w nową fazę; Kaczyński wciąż nie może się pogodzić z tym, że jesteśmy dwa kroki za Orbánem – wciąż mierzy w Budapeszt. Wierzę, że w końcu się doczeka – będzie zwiewał ze swoją świtą i jeśli gdzieś znajdzie azyl, to pewnie na Węgrzech. Kaczyści będą mieć swoją drogę na Zaleszczyki, choć wolałbym, żeby mieli swoją Norymbergę – nie ja jeden, zaprawdę, motywacją do przeżycia dla wielu ludzi w wieku podeszłym jest już tylko dożycie procesu pisowskiej mafii. Matka moja sędziwa dotąd „dożywała” pierwszych sakramentów pokaźnej gromadki wnucząt, ale najmłodszy – nasz Antoś – niechrzczony, więc przestawiła się na nowy cel: zobaczyć, jak Kaczorowi pogonią kota. Przez chwilę miałem nadzieję, że podczas najbliższych posiedzeń Gowin, zamiast głosować bez uśmiechu, z uśmiechem sięgnie po sprzeciw. Nadzieję, że ten haniebny oportunista, podnóżek wodza, nagle okaże się chociaż jakimś wannabe Wallenrodem i odważy pójść za głosem honoru. Innymi słowy, kolejna nadzieja na pożar w tej galerii potworów, wywołany samoistnie, bo z rozpaczą prawdziwą konstatuję, że skutecznych wrogów zewnętrznych Zjednoczone Prawactwo w Polsce nie posiada.

Opozycja jednoczyć się nie zamierza, kto tylko z takim projektem wychodzi, zaraz go obszczekuje sfora niedoszłych koalicjantów, co nasuwa mi natrętną myśl o tym, że na przejęciu władzy jej najzwyczajniej nie zależy – wdzięczna to i wygodna rola pobierać poselskie pensje wyłącznie za wytykanie cudzych łajdactw.

Co zatem będzie, jeśli naród nogą nie tupnie, pogodzi się z wyrobem kiełbasopodobnym zamiast kiełbasy, tureckie seriale i sanatoria miłości z czasem uzna za wystarczającą strawę, a zrażony propagandą TVP po prostu w ogóle odetnie się od informacji? Czas się cofnie, będziemy jak nasi rodzice „przy zgłuszonym odbiorniku aż po blady świt słuchać nowin i uderzać w gaz”.

Najlepiej zakłócano Wolną Europę, choćby ojciec nie wiem jak wyginał antenę i owijał ją drutem, przełączaliśmy wtedy na BBC, a jeśli i tu szumiało, pozostawał Głos Ameryki – na dźwięki „Yankee Doodle” zaczynał taniec radości, udało się przebić żelazną kurtynę, znowu nasza sonda przewierciła się przez warstwy bolszewickiej propagandy do świata faktów. Wyszukiwanie zanikających pasm przypominało polowanie, bo stacje zagłuszania pracowały pełną parą, raz złapane wiadomości uciekały po kilku chwilach dopadnięte przez kakofonię trzasków, szumów lub innych stacji, błogosławionych rządowym imprimatur. Było w tym coś magicznego, kiedy ojciec kręcił gałką milimetr po milimetrze, wędrując przez audycje we wszystkich językach świata, przemierzał ten audialny kosmos i musieliśmy nawytężać słuch, zanim dało się usłyszeć polszczyznę niezniekształconą partyjną nowomową. Kiedy było ciemno, bo fabryki przechodziły na 20 stopień zasilania i wyłączano prąd cywilom, słuchanie przy świecach radia na baterie miało w sobie coś misteryjnego – mówiły do naszych PRL-owskich ciemności głosy z lepszego, wolnego świata, który znaliśmy ledwie ze słyszenia, ale czekaliśmy na jego zbawienne nadejście. Świadomi jego istnienia jakoś żyliśmy, czytaliśmy książki z samizdatu, słuchaliśmy płyt kupowanych od szczęściarzy z rodziną za granicą, nie dawaliśmy się ogłupiać partyjnym belfrom i wiedzieliśmy, że telewizja kłamie; dorastaliśmy w głębokim przekonaniu, że władza, która zagłusza i sieje tandetną propagandę, jest nie tylko zła, ale obciachowa, żenująca.

Kaczyński coraz szybciej kręci bicz żenady nie tylko na siebie, ale na prawicowość – pozostaje mi tylko przyklaskiwać jego kolejnym pomysłom. Nie chodzi o to, żeby odsunąć od władzy PiS, chodzi o to, żeby na trwałe, a przynajmniej na lata długie skompromitować ideały katolickich nacjonalistów. Tylko tak dalej, panowie, chcecie mieć Budapeszt w Warszawie, będziecie mieli azyl w Budapeszcie.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 8/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy