Krajobraz przedwyborczy

Krajobraz przedwyborczy

Prawicowo-klerykalna sekta, która chce nam wszystkim jesienią narzucić jedyną wersję prawdy i moralności, ma problemy z ukrywaniem swojej buty i prawdziwego oblicza. Po pierwszym szoku wywołanym przegraną Komorowskiego Platforma Obywatelska nieco ustabilizowała swoje notowania, ale są one na sporo niższym poziomie niż przed wyborami prezydenckimi. Dodatkowo, jak można przypuszczać ze strzępów informacji, które wypływają na powierzchnię, PO jest pełna napięć wewnętrznych. Poza tym premier Kopacz postanowiła licytować się z PiS na szczegółowe obiecanki wyborcze w sferze gospodarczej, zamiast narzucić dyskusję o modelu państwa, kultury życia codziennego i ogólnej wizji sfery publicznej w Polsce. Dobrze by było, aby PiS powiedziało więcej, jak wyobraża sobie funkcjonowanie sądownictwa, służb specjalnych, mediów publicznych, relacji państwo-Kościół. Przemoc państwa i propaganda ideologiczna – to są przecież obszary, w których „prawdziwi Polacy” się specjalizują. Na gospodarce się nie znają i nie ma sensu o tym z nimi rozmawiać. To, że głoszą dziś jakieś socjalne postulaty i nadużywają socjalnej retoryki, nie będzie im przeszkadzało w kontynuacji neoliberalnej polityki czy w oddaniu resortu gospodarki w ręce kolejnego neoliberała (tak jak kiedyś Zycie Gilowskiej oddali finanse). Jarosław Gowin i jego konserwatywni neoliberałowie już przypilnują, żeby „rynek nie był krępowany”.

Widać, że potencjalna lewica ma w Polsce setki tematów, do których mogłaby się odnieść i przemówić własnym głosem. Ale tak się nie dzieje. Jedyny komunikat, jaki słyszymy od kilku tygodni, to „jednoczenie się”. Nie wiadomo do końca, kto z kim się jednoczy, a już na pewno nikt nie wie, w imię czego. Przeciętny Kowalski widzi tylko zdesperowanych działaczy znanych z telewizora, którzy się jednoczą głównie po to, żeby być w parlamencie. Ale już nie mówią, po co chcą tam być i jaki przekaz głosić.

Mówiąc inaczej, całe to „zjednoczenie” sprawia wrażenie kiepsko zaplanowanej akcji marketingowej, za którą nie kryje się żaden głębszy i poważny przekaz. Nawet konferencja prasowa informująca o „zjednoczeniu” była organizowana osobno przez każdą grupkę. A przecież właśnie teraz – w obliczu wypalenia PO-PiS – lewica mogłaby snuć opowieść o innej, możliwej Polsce. Powinna to być wizja całościowa i na tyle ogólna w swojej konstrukcji, aby mogła przemówić do wyobraźni, a przede wszystkim do emocji większości społeczeństwa.

Lewica nie budzi jednak żadnych emocji – zazwyczaj dominują wokół niej obojętność i chłód. W polityce trudno odnosi się sukcesy, jeśli nie potrafi się swoimi przekazami obudzić w ludziach nadziei, wściekłości czy oburzenia. Bez emocji nie ma społecznej mobilizacji.

Aby jednak były pozytywne emocje, główni aktorzy powinni być wiarygodni i sprawiać wrażenie, że naprawdę o coś im chodzi. Możemy z nimi nie do końca się zgadzać, ale już sam fakt, że są autentycznie w coś zaangażowani i wkładają w to dużo energii, zazwyczaj wystarcza do budowania społecznych sympatii. Z energią i wiarygodnością lewica i jej liderzy – mówiąc delikatnie – mają pewien problem.

I jakoś nie zmieniają tego – wbrew nadziejom niektórych komentatorów – młodsze twarze. Na razie nie słychać, żeby coś oryginalnego, mądrego i odważnego powiedziały od siebie. Sprawiają raczej wrażenie, że nic nowego nie mają do powiedzenia. W tym kontekście prof. Łagowski napisał na łamach PRZEGLĄDU, że „jednocząca się rzekomo lewica sformułowanie programu zleciła Barbarze Nowackiej. Jest to powtórzenie eksperymentu z pięknością i kobiecością znanego z wyborów prezydenckich”. I mam odczucie, że wielu może równie mocno się rozczarować, jak w przypadku wcześniejszego eksperymentu.

Z tego powodu ludzie o autentycznie lewicowych przekonaniach, będąc politycznymi realistami i kierując się odpowiedzialnością za kraj, coraz częściej przebąkują, że zatykając nos, zagłosują raczej na PO, niż poprą ten mało wiarygodny eksperyment zjednoczeniowy. Sytuacja w kraju jest na tyle poważna, a stawka w wyborczej grze na tyle wysoka, że w obliczu realnego zagrożenia prawicowym autorytaryzmem nie będzie miejsca ani czasu na subtelne rozważania i ryzyko – w tych okolicznościach to PO wielu ludziom wydaje się jedyną przeciwwagą wobec niebezpieczeństw związanych z władzą PiS.

Osobiście też uważam, że pod rządami osłabionej PO łatwiej będzie lewicy we względnym spokoju odbudowywać swoją pozycję, niż podnosić się od zera w warunkach powszechnego strachu i polowania na czarownice. A nie mam żadnych złudzeń, że mówiąc serio o lewicy (lewicowej kulturze, obecności na wyższych uczelniach, lewicowym głosie w debacie publicznej, zakorzenieniu w społecznościach lokalnych, obecności w środowiskach pracowniczych), trzeba zakładać proces wymagający sporo czasu i dużej pracy. Bez odwagi cywilnej i odrobiny szaleństwa też się nie obejdzie.

Wydanie: 31/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy