Maturalne płacze i cuda

Maturalne płacze i cuda

Prawie każdy z mocno już dorosłych ludzi miał w swoim życiu koszmarny sen. Stawał powtórnie przed maturalną komisją egzaminacyjną. I zapomniał języka w gębie. Taka wizja może przyprawić o ból głowy największych twardzieli. Coś jest na rzeczy, bo rzadko spotykam ludzi, którzy mimo znaczących osiągnięć zawodowych chcieliby jeszcze raz się sprawdzić na maturze. I pewnie w poczuciu własnych lęków i stresów związanych z tymi egzaminami tak życzliwie kibicujemy kolejnym rocznikom maturzystów. Z życzliwością tak dużą, że za gorsze wyniki obwinia się wszystkich, od systemu edukacji po nauczycieli, ale nie samych zainteresowanych, czyli uczniów. Nie inaczej jest w tym roku, bo wiemy już, że co czwarty maturzysta oblał maturę, a w szkołach dla dorosłych zdał tylko co piąty. Zadziwia mnie to bicie na alarm, które przy tej okazji się odbywa. Raz, że jak się uważniej wczytać w wyniki egzaminów, to widać, że tylko 7% nie ma prawa do poprawki, bo oblało egzaminy z dwóch przedmiotów. A dwa, z moich bardzo subiektywnych obserwacji rocznika maturalnego wynika, że jeśli na 360 tys. zdających aż tylu zaliczyło egzaminy pozytywnie, raczej zakrawa to na cud niż na opis klęsk! Biorąc pod uwagę poziom wiedzy maturzystów, zdanie dość trudnych egzaminów przez tak wielu daje się wytłumaczyć tylko zjawiskami nadprzyrodzonymi albo jak ktoś woli: rozbudowanymi na wszystkich szczeblach nieformalnymi systemami pomocowymi. Gdyby nie one, matury nie zdałoby dużo więcej uczniów.
Co w tej sytuacji robi Ministerstwo Edukacji Narodowej? Zamiast zamówić modły dziękczynne lub imprezy towarzyskie dla tych, którzy sprawili, że jeszcze raz udało się przepchnąć przez końcowe sito tylu niedouczonych uczniów, MEN żąda wyjaśnień, dlaczego aż tylu maturzystów nie zdało. Może egzaminy były za trudne? A może pytania nieprecyzyjne? Ministerstwo nie tylko pyta, ale i szuka winnych. I błyskawicznie ich znajduje. Pierwszą ofiarą tego myślenia pada dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Będą kontrole i znajdą się następne ofiary. Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy matury w Polsce są tak piekielnie trudne, że trzeba nad nimi lamentować? Przecież żeby zaliczyć egzamin maturalny, wystarczy 30% poprawnych odpowiedzi z trzech obowiązujących przedmiotów: polskiego, matematyki i języka obcego. Toż to niewielka górka, a nie Tatry.
Obniżanie poziomu egzaminów, co można wyczytać z lamentów nad losem tych, którzy matury nie zdali, nie ma najmniejszego sensu. Może oczywiście doprowadzić do lepszych wyników, ale tylko w statystyce. Na papierze będzie przepięknie. Ale życie natychmiast te pobożne życzenia urzędników zweryfikuje.
A gdyby zrobić odwrotnie. Nie poprawiać statystki, tylko pomyśleć, co zrobić, by wyniki egzaminów maturalnych lepiej wpisywały się w oczekiwania wyższych uczelni, na które ci maturzyści się wybierają, a które, jak wiadomo, nie należą do czołówki europejskiej. Wloką się one w ogonach nie tylko z powodu słabości kadry nauczającej, ale i jakości studentów, którzy słabo wyuczeni w szkołach średnich poziomu tych uczelni nie podnoszą! Koło się więc zamyka, ale nie do końca. Bo po studiach na dzisiejszych maturzystów czeka gospodarka skazana na globalną konkurencję. I z kim ma tę konkurencję wygrywać? Przymykanie oka na poziom wiedzy maturzystów żadnych problemów nie rozwiązuje. Przesuwa je tylko w czasie.

Wydanie: 27/2011

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy