Stary trąd w nowej Polsce

Znowu wróciłem do szpitala w celu sprawdzenia, czy te wszystkie zabiegi, jakie tu przeszedłem, przyniosły jakiś pożytek. Na szczęście zabiegi badawcze idą dobrze, choć nie obywa się bez ponownych drobnych operacyjek i różnych krwawych widoków. Jest jednak inna, bezcenna dla piszącego o problemach społecznych wartość, mianowicie kontakt bezpośredni z tak zwanymi zwykłymi ludźmi. To są też osoby cierpiące, nastawione przede wszystkim na własne problemy zdrowotne, ale o de publicis mające niejedno do powiedzenia.
Sporo mam czasu na czytanie prasy i słuchanie radia. Łączy się z tym wiele zdumień. Taka np. sprawa pana Janusza Iwanowskiego-Pineiro. Chociaż dobrowolnie zgłosił się do prokuratury za czasów, gdy jej naczelnym szefem był pan Lech Kaczyński, i chciał zeznawać w sprawie FOZZ, to jednak został aresztowany i już pięć miesięcy siedzi w więzieniu, a od ponad trzech nie był przesłuchiwany. Nie bardzo wiadomo, dlaczego tak się dzieje – wolno jednak przypuszczać, że coś tu ma do rzeczy fakt, że pan Pineiro chętnie mówi o faktach kłopotliwych dla tegoż, wprawdzie już byłego, prokuratora generalnego Lecha Kaczyńskiego. Ponoć, wedle pana Pineiro, sławetne Porozumienie Centrum, dawna efemeryczna partia braci Kaczyńskich, było szczodrze finansowane z pieniędzy FOZZ. Nikt nie wie, jak jest naprawdę. Prokurator prowadzący dochodzenie też nie chce wiedzieć i nalega, by Sąd Okręgowy uchylił wobec pana Pineiro areszt, już choćby z powodu fatalnego stanu zdrowia podejrzanego, lecz sąd się do tego nie spieszy.
Coś to źle pachnie w tej sprawie. Pamiętamy, że wokół PC krążyło wiele podejrzeń o różne powiązania na granicy prawa. Jeśli teraz siedzi w więzieniu człowiek, który chciałby, jak twierdzi, to i owo wyjaśnić na temat dziejów braci Kaczyńskich oraz ich partii, to zamykanie do więzienia oskarżyciela byłego prokuratora generalnego – żywo zainteresowanego niegrzebaniem się w przeszłości PC i w jego powiązaniach z FOZZ – pachnie trądem w pałacu sprawiedliwości. Namawiam nową panią minister sprawiedliwości, by szybko przyjrzała się decyzjom o trzymaniu w więzieniu pana Pineiro i uporczywym odmowom prokuratora przesłuchiwania podejrzanego w sprawie FOZZ. Gdyby to była jedyna sprawa rzucająca groźny cień na polski wymiar sprawiedliwości, można by machnąć ręką i powiedzieć: niech sobie pan Pineiro poczeka. Niestety, zarzutów przeciw temu wymiarowi jest sporo, a w nowym raporcie Komisji Europejskiej o postępach Polski w drodze do UE padają bardzo gorzkie słowa o korupcji panoszącej się w naszym sądownictwie. To gorzej niż wstyd, to skandal, zaś od dawna wiadomo, że wyjaśnianie podejrzeń i zarzutów przeciw partii braci Kaczyńskich jest od początku jej istnienia pieczołowicie chowane pod sukno.
Inne gorszące mnie zdarzenie to wypowiedź posłanki Zyty Gilowskiej, za czasów koalicji AWS-UW ważnej figury politycznej w naszym kraju, a i po secesji UW z rządowej koalicji pani Gilowska liczyła się na politycznej mapie Polski, jako osoba wielce kompetentna w sprawowaniu funkcji poselskich. I nagle pada z jej ust wypowiedziane publicznie zdanie określające bezrobotnych jako „obiboków i nierobów nieprzynoszących państwu dochodów”. Gdyby takie słowa wypowiedział poseł Jan Maria Rokita, przyjąłbym je jako kolejny wybryk poważnego ongiś polityka, zapowiadającego się na wybitnego męża stanu, który nagle postanowił zmienić emploi i zaczął harcować po scenie politycznej w roli rozkosznego sowizdrzała, aliści pani Zyta Gilowska jest osobą innego formatu. Ta jej pogardliwa opinia o bezrobotnych świadczy jednoznacznie o przyczynach klęski politycznej UW. Jest nią brak szacunku do własnego społeczeństwa. Na dodatek mówi to przedstawicielka partii ponoszącej sporą część odpowiedzialności za katastrofę bezrobocia w Polsce. To nieszczęście wielu milionów ludzi w naszym kraju zostało spowodowane bezmyślnym realizowaniem liberalnych koncepcji ekonomicznych w dziele polskiej transformacji ustrojowej, która okaleczyła kilka milionów polskich rodzin. Pani Gilowska jest jedną ze sprawczyń tej katastrofy i nazywanie ofiar rażącej niekompetencji działaczy UW „nierobami i obibokami” jest raczej niegodziwe niż zaszczytne. My wszyscy – ludzie wywodzący nasz polityczny rodowód z NSZZ „Solidarność” – ponosimy współodpowiedzialność za degradację znacznych obszarów polskiej gospodarki, za wołającą o pomstę do nieba nędzę rodzin robotników popegeerowskich, za skrzywdzenie i poniżenie milionów ludzi, ale nazywanie ofiar naszych nieudolnych poczynań transformacyjnych „obibokami i nierobami” przekracza granice przyzwoitości.
Chcę dorzucić jeszcze kilka słów we własnej sprawie. Jak zapewne moi czytelnicy pamiętają, sadowi lustratorzy poczuli się obrażeni moimi krytycznymi wypowiedziami o procesach lustracyjnych i złożyli na mnie donos do prokuratury, która czekała siedem miesięcy, by postawić mi zarzut o dokonanie przestępstwa obrazy sądu. Sprawa wypaliła w samym środku kampanii wyborczej do Sejmu, co albo było zwyczajnym potknięciem zawodowym, albo świadomą prowokacją polityczną. Jestem jednym z liderów zwyciężającej koalicji wyborczej i prokurator reprezentujący władzę prawicową oskarżający w toku wyborów lidera zwycięskiej lewicy jest albo głupcem, albo wykazuje skrajny brak kwalifikacji do wykonywania tego zawodu. Panią minister sprawiedliwości również namawiam, by spojrzała na to jawne potknięcie. Dodam jeszcze, iż po wybraniu mnie na posła prokurator zawiesił postępowanie w tej sprawie z powodu uzyskanego przeze mnie immunitetu. Przed pójściem do szpitala zrzekłem się pisemnie immunitetu poselskiego, czym otworzyłem sobie drzwi do kryminału na trzy lata. Czytelników „Przeglądu” czekają moje „zapiski więzienne”.

14 listopada 2001 r.

 

Wydanie: 47/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy