Norwegia pany

Wyczytałem w jednej z gazet, że obecnie najlepiej być na świecie Norwegiem, mimo że przez pół roku ma białe noce, a i zimy niewiele krótsze. Norweg jest obecnie najbogatszy na świecie. Najbogatszy, najzdrowszy, a chyba nawet i najtrzeźwiejszy, bo sklepy monopolowe są tam położone w odległości 25 kilometrów jeden od drugiego, a czasami i więcej, tak więc perspektywa ślizgania się przez 50 kilometrów tam i z powrotem po zamarzniętych drogach, po to żeby tylko na kilka godzin stracić trzeźwość, nie każdemu odpowiada.
Tu można pomyśleć, że najlepiej w takim razie zamieszkać w tej krainie fiordów tuż koło sklepu monopolowego. Błąd. To jest bardziej niebezpieczne od ślizgania się po lodzie, ponieważ ci, co w Norwegii piją częściej niż raz w tygodniu, są natychmiast monitorowani, i to zarówno przez sąsiadów, jak i wyjątkowo czujnych w tym względzie policjantów, a trzydniowa nie daj Boże balanga automatycznie kwalifikuje delikwenta na odwyk. Tak więc trudno powiedzieć, żeby ten bogaty naród był szczęśliwy, kiedy jest tam wszystko na odwrót niż u nas, w naszym bowiem upalnym kraju to właśnie trzeźwi są na okrągło monitorowani przez społeczeństwo.
My tym zestawie państw najbogatszych jesteśmy o dziwo na 36. miejscu i przez rok przesunęliśmy się o jedną pozycję do przodu. Podobno byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie bardzo niska ocena naszej służby zdrowia wydana przez ekspertów światowych i Najwyższą Izbę Kontroli. I trudno się nawet dziwić tej ocenie, patrząc na „Wiadomości” telewizyjne, które kilka dni temu pokazały rencistów i emerytów szturmujących punkty rejestracji tylko po to, żeby się zapisać do urologa na czerwiec następnego roku, bo już dzisiaj ma się kłopoty z pęcherzem, nie mając żadnej pewności, że się mocz donosi do wyznaczonej wizyty. To jest jakiś rodzaj paranoi, którą mój, jak się okazuje, mały rozumek nie do końca ogarnia – widocznie Krzysie tak mają. A jeszcze w dodatku okazało się, że zamiana kas chorych na narodowe fundusze zdrowia, na czele których stoi między innymi lekarz weterynarii, prawdopodobnie po to, żeby nam wmówić, że mamy końskie zdrowie, nie pomogła nikomu, nawet pazernemu ministrowi Łapińskiemu.
W tej sytuacji zarówno pacjent, jak i część placówek naszego zdrowia czują się jak ta baba, która przyszła do lekarza i na pytanie: „Co pani dolega?” odpowiedziała: „Mam raka piersi, marskość wątroby, kamienie w nerkach, astmę, rozedmę płuc i jeszcze na dodatek jakoś nie najlepiej się czuję”.

Wydanie: 37/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy