Sezon ogórkowy przez cały rok

Sezon ogórkowy przez cały rok

Poziom mediów, podobnie jak tzw. debaty publicznej, coraz bardziej dostosowany jest do przekazu „Faktu” i innych tabloidów. Wystarczy znajomość tysiąca słów po polsku, aby opisywać świat. Inwazja tabloidyzacji w społeczeństwie polskim trwa w najlepsze przez cały rok. Błahostki są traktowane z całym zadęciem, jak wydarzenia miesiąca. Natomiast w całym tym medialnym zsypie giną z pola widzenia zupełnie realne mechanizmy i poważne sprawy.
Przez ostatnie dni media, z tzw. telewizją publiczną na czele, wmawiały, że w pogrążonej kryzysem Europie wszyscy czekają na narodziny królewskiego potomka na Wyspach Brytyjskich. „Narodziny po królewsku” w jednym z najbardziej klasowych społeczeństw Europy z pewnością nieszczególnie interesują bohaterów filmów Kena Loacha mieszkających w robotniczych dzielnicach angielskich miast. Podobnie jak zepchniętych na margines rynku pracy i życia społecznego tych wyrzutków brytyjskiego systemu, którzy podczas królewskiego wesela wznosili hasła: Better dead than wed („Lepiej być martwym, niż brać ślub”). Była to przeróbka sloganu konserwatywnych antykomunistów spod znaku Margaret Thatcher z okresu zimnej wojny Better dead than red („Lepiej być martwym niż czerwonym”). W czasie wyścigu zbrojeń lewicowy ruch antywojenny odpowiadał brytyjskiej konserwie hasłem: Better red than dead („Lepiej być czerwonym niż martwym”). W polskich mediach nie można jednak dostrzec podziałów społecznych, które nawet na poziomie języka dzielą Anglię każdego dnia. O podziałach klasowych w Polsce nawet nie ma co wspominać – red. Kraśko zawsze udowodni, że „Polacy to jedna rodzina”, i zafunduje w „Wiadomościach” kolejną łzawą historyjkę zamiast rzetelnych informacji.
Innym medialnym hitem ostatnich dni był ks. Wojciech Lemański, którego liberalne media kreują na ostatniego Mohikanina walczącego o resztki zasad chrześcijańskich w obrębie polskiego Kościoła katolickiego, a prawicowe uczyniły wojującym lewakiem. W rzeczywistości ks. Lemański i gromadka jego obrońców, którzy udają, że nie wiedzą, jak działa od setek lat hierarchiczna władza Kościoła, bardziej przypominają naiwnego, odrealnionego i błąkającego się Don Kichota. Demokracja czy niezależność w Kościele są jak potwór z Loch Ness – wielu chciałoby go ujrzeć, ale nikt go nie może odnaleźć. Ta historia przypomina mi mojego dawnego znajomego – szlachetnego i ideowego działacza Ligi Polskich Rodzin, który ok. 10 lat temu nie mógł zrozumieć, dlaczego podczas wyborów samorządowych we Wrocławiu księża namawiali w kościołach, żeby głosować na wspólnego wówczas kandydata PiS i PO na prezydenta miasta – Rafała Dutkiewicza i jego listę, zamiast na prawdziwych katolików z Ligi. Znajomy z LPR biadolił wtedy przy piwie, że zwykli księża „na dole” bywają jeszcze czasem ideowi i ich wspierają, ale im wyżej w kościelnej hierarchii, tym bardziej liczą się inne zasady. W polityce, jak w gospodarce, business is business – Kościół dobrze to wie i dlatego stawia zawsze na silniejszych, którzy są w stanie zagwarantować mu wpływy. Znajomy LPR-owiec nie rozumiał tego i przypominał trochę ideowych lewicowców z minionego systemu, którzy krzyczeli: „Socjalizm tak, wypaczenia nie” i mieli pretensje do aparatu partyjnego, że pozostawia robotników samych sobie. Ks. Lemański dość szybko jednak uległ kościelnemu aparatowi, ludowy antyklerykalizm ma się dobrze, ale kościelna władza w Polsce nie cofnęła się nawet o krok: nie będzie rozmawiać z motłochem o in vitro, nie musi się zadawać z sekciarzami ani z Żydami, najlepiej czuje się we własnym gronie.
Równie rozgrzewającym newsem był ubój rytualny. Zawsze jest ciekawe, kiedy konkurenci walczący między sobą o wpływy na rynku religijnym, czując, że ich interesy mogą być naruszone przez świeckie prawa, natychmiast zwierają szeregi i wspólnie lamentują o prawie do wyznania. Chrześcijańscy, islamscy i żydowscy fundamentaliści wbrew ideologicznym sporom mają wiele wspólnego: nie znoszą sprzeciwu, racjonalnych argumentów i odmiennych poglądów. A najbardziej nie cierpią konkurencji, która wykracza poza rynek religijny i operuje w zupełnie innej kulturze oraz typie wiedzy. Jak można z pozycji świeckich bronić moralności? To się nie mieści w głowie nie tylko ojca Rydzyka, ale też – jak widać – rabina Schudricha. W końcu business is business i nie można zabierać świętych przywilejów.
Im głupsze media i bardziej infantylne newsy, tym większa akceptacja społeczeństwa dla prostych rozwiązań w świecie polityki. W Polsce w dziedzinie czarno-białych wyjaśnień wszelkich problemów na razie konkurencji nie ma PiS i zbierająca się wokół niego populistyczna prawica. Im niższa świadomość obywatelska i powszechniejsze w mediach elektronicznych puste historyjki, tym chętniej w czasach rosnącej niepewności ludzie będą wybierać sprzedawców prostych recept na naprawianie społecznych i prywatnych sytuacji. Sezon ogórkowy sprzyja kartoflanej kulturze i dużym plonom buraków. Royal baby na deser, a na główne danie POPiS-owa polewka.

Wydanie: 30/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy