Skargi i zażalenia

Skargi i zażalenia

UPROSZCZENIA DO ABSURDU. Jest rzeczą nierozsądną i krzywdzącą przypisywanie komuś winy, gdy nie została udowodniona. W procedurze sądowej zakłada się hipotetycznie, że dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok skazujący, oskarżony powinien być traktowany jak niewinny. Dziennikarze przekręcają sens tego założenia i z niefrasobliwością właściwą swojej profesji głoszą, że nieskazany prawomocnym wyrokiem jest niewinny. Wynikałoby z tego, że to sąd swoim wyrokiem kreuje winę. Człowiek jest niewinny, a sąd skazującym wyrokiem zrobił go przestępcą. Nie wiem, czy takie przekonanie rozpowszechniło się jeszcze w jakimś innym kraju, w Polsce ono doskonale współgra z ogólnym lekceważeniem obiektywizmu i upatrywaniem w woli czynnika rozstrzygającego. Człowiek jest rzeczywiście winny albo rzeczywiście niewinny, sąd tylko po dokładnym zbadaniu sprawy autorytatywnie stwierdza jedno lub drugie. Jeżeli przed wyrokiem nie byłoby różnicy między winnym i niewinnym, sąd nie musiałby badać, co zaszło, lecz zastanawiałby się, kogo najsłuszniej byłoby ukarać. Na tym rzeczywiście polega sądzenie, gdy chodzi o „sprawiedliwość historyczną”. Inna kwestia, że wraz z obniżeniem się kultury umysłowej i racjonalności na naszej zielonej wyspie coraz więcej mamy wyroków niesprawiedliwych, bo sędziowie nie umieją myśleć. Sędzia Tuleya słusznie napiętnował „zbrodnię komunistyczną” CBA (to, co zarzucił, byłoby za taką „zbrodnię” uznane, gdyby zostało popełnione 25 lat wcześniej), ale jego wyrok na kardiochirurga moim zdaniem był niesprawiedliwy. Nie było tam winy, było ratowanie życia wielu ludzi.
Pogląd o niewinności nieukaranych występuje czasem w niespodziewanych kontekstach, mocno nasyconych absurdem. Celebryta występujący przeciw radarom na drogach „wyprosił sobie” twierdzenie, że skoro każdego roku ginie kilka tysięcy ludzi, to muszą istnieć też ci, którzy ich zabili. O nie! – zawołał – nie wolno nikogo nazywać zabójcą, jeżeli sąd nie orzekł tego prawomocnym wyrokiem! Jest to przeciętny dziś poziom rozumowania.
30 MILIONÓW SZCZĘŚLIWYCH. Z badań wyprowadzono wniosek, że 80% Polaków uważa się za szczęśliwych. To odkrycie miało prawo pójść w zapomnienie, ale nie poszło. W różnych debatach ciągle ktoś występuje z tą rewelacją, do której trudno się przyzwyczaić. Jak to możliwe, że ten naród malkontentów, źle mieszkających, nieładnie ubranych i stale w śmiertelnym niebezpieczeństwie na drogach, w swojej ogromnej większości czuje się szczęśliwy? Może badacz popełnił błąd i nie zrozumiał, że odpowiedź „jestem szczęśliwy” oznacza w istocie „jestem nieszczęśliwy”? Posłuchajmy ciągu wyrażeń obraźliwych, jakie osoby mocno pokłócone rzucają sobie w twarz. Na końcu, gdy już się wydawało, że wszystko najgorsze zostało wykrzyczane, prawdopodobnie usłyszycie: ty jesteś nieszczęśliwa, nieszczęśliwa! Może w średniowieczu było inaczej, może jeszcze sto lat temu było inaczej, teraz jest tak, że bycie nieszczęśliwym przynosi wstyd i poczucie winy. Wielu autorów żeruje dziś na nieszczęściu ludzkim. Sens tego, co piszą, jest mniej więcej taki: były czasy, gdy człowiek pragnął być zbawionym, nie opuszczała go myśl o niebie i piekle. Największym nieszczęściem było umrzeć nagle bez spowiedzi i ostatniego namaszczenia. Realnie żył według praw i możliwości tego świata, ale czuł, że ten świat to nie wszystko i nie on daje miary dobra i zła. Dzisiejszy człowiek żyje z przekonaniem, że szczęście jest możliwe tu i teraz, i nie tylko możliwe, bo i nakazane. Bądź szczęśliwy – to najważniejsze przykazanie religii demokratycznego kapitalizmu. Pogoń za szczęściem rozwarstwia ludzi bardziej niż cokolwiek innego; kto je dopędził, stał się lepszy, komu się nie powiodło, do wszystkiego się przyzna, tylko nie do nieszczęścia. Już prędzej ci, którym aż za dobrze się powodzi, powiedzą, że są nieszczęśliwi (to oni odkryli, że pieniądze szczęścia nie dają). Z tego wynika wniosek nieoczywisty, ale prawdopodobny, że Polacy dzielą się na 20% szczęśliwych i 80% nieszczęśliwych.
POLSKA SIĘ ZBROI. Rząd postanowił wydać na zbrojenia 130 miliardów zł w ciągu 10 lat. Stanowczych sprzeciwów nie widać, cenne są przejawy wątpliwości. „Zdając sobie sprawę z konieczności myślenia o bezpieczeństwie państwa – mówi Włodzimierz Cimoszewicz – jestem jednak przekonany, że nie stoimy w obliczu jakichś wielkich zagrożeń militarnych. To trzeba między bajki włożyć. Te rakiety, tarcze, o co tu chodzi? Kogo się obawiamy?”. Dziennikarz przeprowadzający wywiad dopowiada: „Przecież wszyscy wiemy, że chodzi o Rosję” („Polityka”, 13.02.2013). Tak olbrzymie wydatki zbrojeniowe wymagają jakiegoś uzasadnienia, naród powinien być przynajmniej z grubsza poinformowany, do jakiej wojny rząd przygotowuje Polskę. Podejrzewam najgorsze: rząd nie ma nic do powiedzenia i z powodów, których sam dobrze nie rozumie, marnotrawi środki potrzebne w każdej dziedzinie tego wiecznie zapóźnionego kraju. Te zbrojenia są polityką historyczną prowadzoną innymi środkami. Rząd wznosi polską „linię imaginota”. Jeżeli przyjmuje się hipotezę wojny, to trzeba przyjąć hipotezę destrukcji kraju. Czy w takim razie ma sens budowanie tu czegokolwiek? Czy dla ludzi młodych i w sile wieku nie jest najlepszą strategią wyjechać do Europy Zachodniej, która wojny nie chce i o niej nie myśli, albo do Stanów Zjednoczonych, jedynego kraju na świecie nieosiągalnego dla obcych rakiet?
Może nie trzeba brać aż tak dramatycznie tego, co się wydaje polską paranoiczną polityką militarną? Może należy ją widzieć jako element racjonalnej dziedziny amerykańskiego handlu bronią?
Amerykańskie zbrojenia poza wszystkim innym są państwowym uzupełnieniem i wzmocnieniem gospodarki wolnorynkowej. Nieprześcigniona innowacyjność amerykańskiego przemysłu wypracowana jest w laboratoriach zbrojeniowych. Polskie zbrojenia może także nabrałyby jakiegoś sensu, gdyby szły w parze z rozwojem własnego przemysłu i na nim się opierały.

Wydanie: 9/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy