Polityczne dno

Polityczne dno

Polacy niczym debile o ograniczonej percepcji rzeczywistości mają udawać, że nie widzą, jak politycy nie tylko zmieniają partie jak rękawiczki, ale też zupełnie cynicznie podchodzą do wszelkich poglądów. Obywatele mają nie dostrzegać, że dla partii liczy się jedynie wynik w wyborach. Komitety wyborcze zakładają, że ludzie nie zauważą tych prostych manipulacji, a jeśli je dostrzegą, to szybko zapomną, więc z punktu widzenia sztabowców partyjnych niczym właściwie się nie ryzykuje. A później media, politycy i moraliści wszelkiej maści biadolą, że Polacy nie chcą brać udziału w wyborach. Odmowa w głosowaniach staje się w takich okolicznościach zachowaniem racjonalnym. Jeżeli ktoś chce poprzeć poważną ofertę polityczną, a podsuwa mu się albo emerytowanych sportowców, albo jakichś medialnych osobników, którzy są znani, ale nie wiadomo z czego, albo odpady partyjnych koniunkturalistów, którym wszystko jedno, po co i z jakiej listy startują, to pozostanie w domu i wyłączenie telewizora wydaje się w tych warunkach rozwiązaniem nie najgorszym.
To tak jak z wysłuchiwaniem bzdur w kościele czy na nudnym wykładzie słabego akademika – inteligentnemu człowiekowi w takich okolicznościach pozostaje albo skupić się na własnych myślach, albo wyjść i nie uczestniczyć w tym spektaklu.
Premier Tusk, wystawiając na jedynkę wyborczą Michała Kamińskiego, byłego pomocnika Kaczyńskiego, okazuje nie tylko kompletny cynizm i strach przed wyborczą porażką, lecz także zupełną pogardę, jeśli nie do wszystkich wyborców, to przynajmniej do tych, którzy głosowali na PO nie z miłości do Tuska czy Grasia, ale przeciwko PiS. Nie wiem, czym się Kamiński zasłużył, bo chyba nie składaniem hołdów Pinochetowi ani epizodem w faszystowskim NOP. To, że Kamiński nie odniósł się do tych faktów, a tym bardziej nie przeprosił za nie, mnie nie dziwi. Ale to, że dziennikarze nie przepytali go na tę okoliczność, odbiega od standardów krytycznych i dociekliwych mediów brytyjskich czy francuskich. Zresztą media w Polsce – zwłaszcza te elektroniczne – prezentują podobny poziom jak krajowi politycy. Jedni są warci drugich.
A tak przy okazji: czy swobodne przechodzenie polityków między PiS a PO nie jest ostatecznym dowodem, że te prawicowe ugrupowania politycznie niewiele się różnią? I że właściwie najbardziej naturalna koalicja dla kraju, patrząc na poglądy polityków, to PO-PiS? Tej koalicji nawet nie trzeba zawierać, bo ona wbrew wszystkiemu istnieje w najlepsze i blokuje pojawienie się jakiejkolwiek konkurencji. To taka strategia na trwanie. Może jeszcze przez rok czy dwa lata ludzie to kupią.
Ale czego więcej się spodziewać po taktyce dopuszczającej, że premier Tusk najpierw gani i wyrzuca z rządu ministra Sawickiego, a później znowu go powołuje jako dobrego kandydata na ciężkie czasy? Nie wiadomo, czy to jeszcze groteska, czy już tragedia. W każdym razie elastyczność godna pracy w najbardziej zakłamanej korporacji.
Partie w Polsce stały się w ostatnim czasie po prostu firmami, które dają pracę, przyjmują podania o zatrudnienie i kolekcjonują zawodowe CV. Ich liderzy zazwyczaj odgrywają rolę prezesów w prywatnych firmach, którzy nie muszą z nikim i z niczym się liczyć. Mogą ludzi przesuwać jak kartonowe pudła, wyrzucać, odmawiać przedłużenia kontraktu. Ich budżetów nikt nie kontroluje. Co jakiś czas tylko daje się opinii publicznej kolejną wrzutkę medialną z pytaniem: finansować partie z budżetu czy nie? Nic z tego nie wynika. Dyskusja dalej się nie toczy. Nawiasem mówiąc, realny problem nie polega na tym, czy finansować, tylko w jaki sposób finansować. Pomysły zobowiązania partii do przeznaczania np. 50% czy 60% środków finansowych otrzymanych z budżetu na edukację obywatelską, diagnozy i wypracowywanie lepszych rozwiązań jakoś nikogo nie interesują. Generalnie zaplecze intelektualne jest źle widziane i niepotrzebne polskim liderom politycznym.
Dziwi jedynie, że w takiej scenerii wciąż nie może się pojawić w krajobrazie politycznym środowisko, które będzie po prostu racjonalne, poważne, konsekwentne w głoszeniu własnych wizji i niepodatne na medialne tematy zastępcze. Tylko tyle i aż tyle.
Obserwując poziom polskiej debaty publicznej, który nie odbiega za bardzo od poziomu polskiej piłki nożnej, można się zastanowić, czy to już jest dno, czy można upaść jeszcze niżej. A jeśli to już dno – w jaki sposób można się od niego odbić? Samo wysłanie szefów partyjnych na emeryturę niewiele zmieni, bo ich zaplecze jest jeszcze bardziej tragiczne, cyniczne i pozbawione wszelkich wizji. W jaki sposób można przewietrzyć polską politykę i wpuścić do niej trochę świeżego powietrza, nowych idei i innego stylu? Na razie trzeba przestać udawać, że to, co jest, stanowi normę i będzie trwać wiecznie. Najbardziej rewolucyjna, a jednocześnie w pełni realna myśl to świadomość, że może być inaczej. Nie zawsze tak będzie, panie i panowie!

Poprzednie felietony na www.przeglad-tygodnik.pl


Od redakcji
W ubiegłotygodniowym felietonie znalazło się stwierdzenie, że John Kerry to wiceprezydent USA. Oczywiście wiceprezydentem jest Joe Biden, a John Kerry sekretarzem stanu. Za pomyłkę przepraszamy.

Wydanie: 13/2014

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy