Bogactwo i nędza dziennikarstwa

MEDIA I OKOLICE

Ryszard Kapuściński na konferencji zorganizowanej z okazji dwudziestolecia Studium Dziennikarskiego Akademii Pedagogicznej w Krakowie bronił znaczenia wielkich dziennikarzy wobec banalizacji informacji w mediach. Przywoływał nazwiska najwybitniejszych latynoskich intelektualistów, m.in. Marqueza, którzy czynnie uprawiają publicystykę. Odważnie, często wbrew opinii publicznej, narażając się władzy świeckiej i duchownej, głoszą swoje przesłanie intelektualne. Jednak Polska to nie Ameryka Łacińska, choć w zakresie kultury literackiej nie jest to bynajmniej komplement. Pisarze latynoamerykańscy są znani na całym globie, więc osławione telenowele nie są jedynym towarem eksportowym Brazylii.
U nas, poza Lemem, może Miłoszem, jedynie Kapuściński jest czytany w skali światowej. Jednak im bardziej Ryszard Kapuściński jest obsypywany nagrodami, tym bardziej jest jasne, że należy do wymierającego gatunku dziennikarskich panditów (indyjskie określenie mędrca). Jeszcze niedawno było ich u nas więcej, teraz ich miejsce zajmują dziennikarze-przepytywacze i dziennikarze-prezenterzy jednego zdania. Może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ich pytania i opinie wypowiadane z mocą i z pozycji ex televisio są na ogół banalne, a kończą się akcentowaniem nazwiska dziennikarza i nazwy serwisu telewizyjnego, który reprezentują. Inaczej niż w średniowieczu, gdzie dzieła były wielkie, a podpisy pod nimi małe; dzisiaj im dzieło krótsze, tym nazwisko bardziej widoczne. Mówi się niekiedy o stylu bonanzowym, od popularnego niegdyś serialu, gdzie ojciec, stary Ben Cart-wright, miał zawsze ostatnie słowo.
Rzecz jasna, nie oczekujmy od prezentera i wywiadowcy medialnego głębi myśli Pascala czy Seneki, choć lepiej byłoby, aby oszczędzali nam banałów. Na wiadomości z kraju i świata poświęca się w dzienniku telewizyjnym kilkanaście minut, więc jeśli oklepane komentarze łącznie zajmują kilka z nich, to czas na informacje jest znacząco krótszy. Powiada się wprawdzie, iż świat współczesny stał się globalną wioską, lecz słuchając serwisów, odnosi się wrażenie, że jest to globalny magiel.
Rozwijający się model dziennikarstwa bywa określany jako inforozrywka, gdyż łączy informację z rozrywką, to znaczy dba o zwięzłość, prostotę i atrakcyjność każdej wiadomości. Krytycy dziennikarstwa radiowego i telewizyjnego powiadają, że gdyby dzisiaj Mojżesz wrócił z góry Synaj z tablicami dziesięciu przykazań, to monitor telewizyjny dałby mu czas na wymienienie tylko trzech z nich, zapewne eksponując zakaz cudzołóstwa. Wszystko bowiem, co kojarzy się z seksem, samo jest sexy dla redaktorów i telewidzów.
Jest zatem swoistym paradoksem, iż zbliżając się do społeczeństwa informacyjnego, coraz mniej cenimy poważną informację (nie mówiąc już o wiedzy czy mądrości), a coraz więcej papkę rozrywkowo-informacyjną. Dziennik zaczyna się od zaginionego dziecka, wypadku, w którym zginęły cztery osoby, pożaru z podobną liczbą ofiar. Te wiadomości są, oczywiście, tragiczne i poważnie traktowane, ale przecież podobnych wypadków są w samej Polsce setki. Nie wnoszą do naszej wiedzy nic nowego poza utyskiwaniem na ryzykowny świat. Ale wzbudzają – lub chcą wzbudzić – współczucie, a to już ludzka rzecz. Chodzi o tzw. ludzki ton, a ten sprzedaje się dobrze. Trudno oddzielić informację o tragedii od jej komercjalnej nośności. Wiadomość staje się żerowaniem na tragedii, w imię deklarowanych publicznie zasad współczucia.
Z kolei nastrój lekkości medialnej przenosi się na styl dziennikarskiego myślenia. Nie tak dawno “Rzeczpospolita” doniosła, że w notatce służbowej kierownik telewizyjnych “Wiadomości” pisał o Janie Pawle II jako “p. Karolu Wojtyle”, “liderze Państwa Watykańskiego” oraz “przywódcy rzymskich katolików”. I chociaż nie sposób dopatrzyć się tu obrazy majestatu, a jedynie ujawnioną głupotę i brak wyczucia językowego, to kierownictwo TVP ukarało lidera “Wiadomości”, p. Piotra Sławińskiego, naganą i pozbawieniem premii. Nie wiem, czy była to kara współmierna – jak powiadał mistrz francuskiej dyplomacji Talleyrand: “To więcej niż zbrodnia, to błąd!”.
Zanik dziennikarskiej kindersztuby to jeden z objawów obniżania lotów. Jednak podstawowy błąd nie kryje się w ujawnionym braku szacunku do Jego Świątobliwości Jana Pawła II. Było to pismo wewnętrzne, a przecież na przykład ochrona prezydenta USA w swych notatkach i komunikatach nie używa pełnego tytułu, natomiast stosuje akronim POTUS (“The President of the United States”). Nie ma w tym ani obrazy, ani uchybienia protokołowi. Natomiast określenia stosowane przez p. Piotra Sławińskiego wykazują, że nie opanował on w pełni języka polskiego, gdzie słowo “lider” ma konotacje rywalizacyjne, sportowe i polityczne, a nie religijne. W przedwojennym Sejmie słowami: “Panie liderze”, zwracano się do przywódców frakcji parlamentarnej. Dzisiaj mówimy: “Panie przewodniczący”.
Niemniej samo nagłośnienie sprawy wewnętrznej notatki przez najpoważniejszą gazetę – “Rzeczpospolitą”, także wskazuje na uwiąd mądrego dziennikarstwa. W swej chęci “dołożenia” telewizji publicznej “Rzeczpospolita” nie zawahała się rozgłaszać określeń, które są właściwe stylistyce tygodnika “NIE”. Oczywiście, gazeta, cytując nieporadności i grubiaństwa językowe, na swe usprawiedliwienie ma zbożny cel ujawnienia niskiego poziomu kadr telewizji. Jednak przy okazji dziennik uczy nie tyle poprawności językowej, co poprawności politycznej. Są bowiem w naszym kraju osoby i tematy, których nieuważne potraktowanie nawet w wewnętrznej komunikacji sprawia, że – jak saper na polu minowym – możemy łatwo wylecieć z pracy.
Czy ten donos do opinii publicznej, kontynuacja wątku tzw. taśm kaliskich, nie otwiera drogi dla, na przykład, ukarania naganą ucznia, który w wypracowaniu też popełni szkolarski błąd, pisząc “pan papież” lub wyrazi jakieś zastrzeżenia? Czytając referaty studentów, wiem, że nie jest to wykluczone. Tworzymy zatem sytuację, gdy lepiej w ogóle nie wspominać osoby Jana Pawła II, inaczej jak tylko na klęczkach, bowiem każde nieortodoksyjne odniesienie grozi potępieniem. Tak było z rzeźbą Castellana, w której autor ośmielił się wykroczyć poza konwencję monumentu.
W dawno i słusznie minionych czasach można było stracić pracę za opowiadanie dowcipów o Ziutku-Słoneczko, a nawet znaleźć się w gronie budowniczych białomorskiego kanału. “Rzeczpospolita” pośrednio wykazuje, że nawet w służbowych notatkach i rozmowach bezpieczniej jest przestrzegać protokołu dyplomatycznego. Kanału się nie zbuduje, pracy nie straci, ale pod pręgierzem opinii publicznej trzeba będzie stanąć.

Wydanie: 22/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy