Tak naprawdę nie dzieje się nic

Tak naprawdę nie dzieje się nic

To się zaczęło od razu po Zaduszkach. W przejściach podziemnych rózgi i stroiki wyparły znicze. Na wystawach sklepów pojawił się sztuczny śnieg (na Ruskiej we Wrocławiu sztuczny śnieg leży między pączkami). Szyby pomazano białym sprejem w koślawe śnieżynki. Obławę przeżywały sklepy z badziewiem typu Wszystko za 5 zł, 101 Drobiazgów czy To i Owo. W marketach zapuścili „Last Christmas” i „All I Want For Christmas Is You”. Miasto przejęli kupujący i sprzedający w uścisku toksycznej miłości. Świąteczne stragany oferują przesłodzonego grzańca i tęczową watę cukrową sprzedawaną w plastikowych wiaderkach.

Niejeden z nas – skromnych mieszkańców i użytkowników miasta – pomyślał wtedy coś w rodzaju: „To miasto nigdy nie będzie należeć do mnie”. I wycofał się na dzielnię, w obszar lokalnych przyjemności typu kocyk & herbatka. Ewentualnie kiszonka z warzywniaka pod blokiem. Wtenczas najlepiej się czyta. I jakby na przekór histerii kupowania, biegania i ogólnego dziania się – czyta się książki, w których dzieje się zgoła niewiele. Na przykład „Przejechał cyrk” Patricka Modiana – autora całkiem przecież na czasie (Nobel 2014). Akcja powieści rozgrywa się w Paryżu i to właśnie Paryż oglądamy na pierwszym planie. Bohaterowie – młodziutki początkujący pisarz i tajemnicza dziewczyna, najpewniej reprezentantka półświatka – włóczą się po mieście nieco chaotycznie i właściwie bez celu. Śpią w podrzędnych hotelach albo mieszkaniach, z których wyniesiono meble. Chodzą do kina. Odwiedzają spelunki i bukinistów, poznają dziwnych ludzi i marzą o podróży do Rzymu. Wspominają przeszłość. Gdyby to był film, oglądalibyśmy same zbliżenia: najpierw na Jej twarz, kiedy się czegoś boi, później na Niego, kiedy stoi w oknie i martwi się, że Ona nie wróci. I ulice Paryża, tarasy kawiarń, mosty. Bohaterowie niemal się kochają, niemal uciekają, niemal popełniają zbrodnię. W rzeczywistości nie dzieje się nic: są uczucia i obrazy. To wystarczy.

Jeśli mają Państwo dość Paryża, tego przemielonego przez popkulturę miasta mitu, proponuję Nowy Jork z „Cosmopolis” Dona DeLillo. Tu też nie bardzo wiadomo, do czego powieść zmierza, a bohaterowie nie robią niczego konkretnego poza szlajaniem się limuzynami po mieście: filozofują, romansują, oglądają z bezpiecznych pozycji miasto, jednocześnie pełne przemocy i piękne, pociągające i groźne.

A jeśli mówimy o książkach, które operują okruchami, drobiazgami, detalami, by powiedzieć dużo więcej – warto pamiętać o „Pierwszym wzruszeniu” Nescia. Bohaterowie tej minipowieści, czy raczej zbioru opowieści, głównie oglądają zachody słońca i rozmyślają o przemijaniu. Piją alkohol, palą, trochę się kłócą na temat malarstwa i oczywiście szlajają się bez sensu i w rozpiętych płaszczach wzdłuż koryta rzeki, która także nastraja ich melancholijnie. Ogólnie obserwują świat: „Widziała tramwaje przejeżdżające w ciemności przez placyk przylegający do Mauritskade, na który spoglądała ze swojego pokoju na górze, widziała przesuwające się światła. I drzewa lasku Muideńskiego, kołyszące się tam i z powrotem na tle ciemnego nieba razem z ciężkimi gniazdami wron”.

Takie właśnie rozciągnięte w czasie, rozegrane na dużych zbliżeniach, medytacyjne książki doskonale równoważą świąteczną gorączkę. Bo kiedy już wszystko nie wyjdzie: zabraknie forsy na koncie, rozboli ząb, nastąpi kłótnia tysiąclecia, pies dostanie sraczki i nasi przegrają w piłkę albo w wyborach, można zawsze uspokoić się, sięgając dla odmiany po polską książkę, i popatrzeć na przechodzące stado: „Siwe, rozłożystorogie krowy szły na samym przedzie. Ludzie stali w otwartych bramach obejść i czekali. Wszystko odbywało się w ciszy, bez pokrzykiwań, bez ponagleń. Zwierzęta oddzielały się od stada i wchodziły do swoich zagród. Znikały w półmroku cienistych dziedzińców i rzeźbione wierzeje zamykały się za nimi w całkiem ludzki sposób. Ogromne bawoły lśniły jak czarny metal (…). Były monstrualne i diabelskie. Wilgotne szczeciniaste pyski przywodziły na myśl jakąś odległą i lubieżną mitologię”. Wiedzą już państwo, czyja to książka? Kto sobie w Polsce tak poczyna swobodnie, bez nawigacji, lekceważąc legendarną akcję? Andrzej Stasiuk w „Jadąc do Babadag” na przykład. I jadąc samochodem, autobusem, pociągiem, jadąc ze świąt i na święta, dobrze się słucha na audiobooku takich zdań donikąd, które sobie drepczą powoli, bez pośpiechu, tip-top.

Komentarze

  1. Akne
    Akne 22 marca, 2016, 18:07

    Z przyjemnością czytam Pani felietony.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy