Po co mamy kartkę?

Po co mamy kartkę?

Życie wydawcy w Polsce jest coraz trudniejsze. Z jednej strony, tygodnik opinii powinien mieć ambicję pisania o sprawach, które są najważniejsze w dłuższej perspektywie, a z drugiej, wiadomo, że tzw. trudne tematy spotykają się, delikatnie mówiąc, z umiarkowanym wzięciem u czytelników. Coraz większy jest, niestety, rozdźwięk między tym, co się dobrze sprzedaje, np. serialem wdowy, wdowcy i dzieci smoleńskie, a tym, co faktycznie i nieuchronnie będzie wpływało na przyszłość Polski czy kształt naszej demokracji. Byłbym hipokrytą, gdybym na kilka dni przed wyborami samorządowymi pisał o czymś innym niż o tych wyborach. I gdyby redakcja wzorem konkurencji sięgnęła po tabloidowy temat. Efekt macie więc państwo przed sobą. To, co widzicie na pierwszej stronie, robione było z taką oto intencją zespołu redakcyjnego: przebijmy się, przynajmniej do naszych czytelników, z komunikatem, że wybierać warto, że trzeba, że nie można odpuścić. Nawet gdyby to miał być tylko gest, to i tak ma on sens, bo z pewnością wśród kandydatów są tacy, przy których można bez wstydu postawić swój znak poparcia.
Ci, którzy pójdą głosować po raz pierwszy w życiu, traktują wybory samorządowe jako coś tak oczywistego jak internet. A przecież 20 lat temu internetu w Polsce nie było, a i wybory miały inny charakter. Starsi zadają sobie pytanie, czy po 20 latach od pierwszej reformy samorządowej mamy realne powody do satysfakcji. Nie ma na to pytanie tak jednoznacznie pozytywnej odpowiedzi, jak byśmy chcieli. I chyba nie może być. Prawdą jest i to, że bardzo wiele udało się zmienić i zrobić. I to, że w miejsce starych problemów i kłopotów ciągle pojawiają się nowe. Samorządy są tak blisko życia, że nigdy procesy społeczne z nimi związane nie będą zamknięte. Ciągle będą nowe wyzwania i potrzeby, nowe zagrożenia, a więc i nowe rozwiązania. To banał. Ale oddający potrzebę niekończącej się aktywności, by nadążając za zmianami cywilizacyjnymi, nie tracić z pola widzenia tego, co najważniejsze. A najważniejszy jest przecież człowiek. I dobrze, że ta myśl przebija z bardzo wielu wystąpień kandydatów. Jeszcze lepiej będzie wtedy, gdy już po wygranych wyborach nie potraktują tej pięknej idei jak rekwizytu użytego na potrzeby kampanii. Bo choć wiemy, że kampanie mają swoją specyfikę, to żal, że często jest tak, jak ostatnio powiedział Barack Obama: „Kampanie wyborcze wygrywa się poezją, a rządzi się prozą”.
Tą prozą, ale dobrą dla samorządów, jest np. to, że co druga złotówka w Polsce idzie przez samorządy. Choć każdy samorządowiec powie, że i tak jest ich za mało w stosunku do zadań, jakie mają do wykonania. Decentralizacja władzy, przyznanie gminom osobowości prawnej i prawa do posiadania majątku odblokowały lokalne inicjatywy. Do świata polityki samorządowej pofrunęły tysiące społeczników, sprawnych menedżerów, animatorów kultury, porządnych i gospodarnych liderów. Dziś niewyobrażalna byłaby próba odebrania samorządom tej władzy. Choć są i będą takie próby. Wielu zwolenników ma przecież w Polsce koncepcja powiększenia roli centrum, powrotu do silnej władzy państwowej, która będzie potrafiła wziąć za twarz tę wielobarwną mozaikę samorządową. Co sprzyja takim poglądom? Najbardziej wszelkie przejawy partyjniactwa, nepotyzmu, klikowości i złodziejstwa. Gdyby takie zjawiska były w samorządach tylko niewielkim marginesem, to i kłopot byłby marginalny. Niestety tak nie jest. I wcale nie jestem pewien, czy problem jest mniejszy, czy większy niż cztery lata temu. Nie rozwiąże go z pewnością powtórna centralizacja władzy. Jedyną skuteczną metodą pozostaje więc ich konsekwentne eliminowanie. I po to są wyborcy. I po to mamy kartkę z nazwiskami.

Wydanie: 46/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy