Pijany święty Mikołaj

Pijany święty Mikołaj

Cichną emocje wokół polskich pijanych kierowców morderców, wśród których nawet motorniczy tramwaju się znalazł. Sensacja, jakby Polacy przed wiekami nie bywali w dym pijani, także gdy siadali na koń. Na szczęście wtedy koń bywał zwykle trzeźwy i miał swój rozum.
Media nie mogą długo się skupiać na jednym temacie, wtedy się zużywa, chociaż ten jest wyjątkowo barwny i będzie jeszcze długo dostarczał atrakcji, także ostatecznych. Strasznie i śmiesznie było patrzeć, jak nasi politycy dokonywali pełnej mobilizacji moralnej i obywatelskiej w sprawie walki z pijakami. Pojawiły się wszystkie możliwe pomysły oprócz wbijania na pal i prohibicji.
Błyskawiczna akcja premiera, głosy wszystkich partii, żałosna licytacja. A przecież zaostrzenie kar to tylko leczenie objawów. Leczenie? Raczej zamykanie, gdy źródła pozostają nietknięte.
(Czy premier Cameron nie zachowuje się podobnie, mówiąc o polskich emigrantach? To tylko spektakl, który ma nakarmić zaniepokojonych Anglików).
W ten sposób nie da się walczyć z chorobą duszy. Część „chorych” zaraziła się drogą przykładu i obyczaju, ale większość to ludzie z jakąś formą depresji, z głębinowymi lękami i bólami zafundowanymi nam przez historię, które uśmierzamy oszałamiaczami. To trwa już setki lat. Heine, wielki niemiecki poeta romantyczny, napisał kilka reportaży z podróży po XIX-wiecznej Polsce. Jak wielu przybyszów z Zachodu szokowało go pijaństwo szlachty, a także wsi: „Spotkać można chłopa polskiego zdążającego w niedzielę do miasta, aby załatwić tam trzy sprawy: po pierwsze, ogolić się, po wtóre, wysłuchać mszy, po trzecie, upić się”. Zauważa przy okazji, że ten nasz chłop mimo nędzy ma więcej godności niż niemiecki.
Pamiętam, że była kiedyś plaga pijanych świętych Mikołajów. Skoro jest rządowy pomysł, aby montować w samochodach alkomaty, to może by też sprawdzać świętych?
Rok temu w mieście S. spotkałem się z mądrym księdzem, otwartym i po prostu porządnym człowiekiem. Kiedyś umiarkowani antysemici mawiali: „Porządny człowiek, chociaż Żyd”. Jak tak dalej pójdzie, rosnąca rzesza antyklerykałów mówić będzie o księżach: „Porządny człowiek, chociaż ksiądz”. I porządny ksiądz opowiadał mi szczerze, jak instytucja polskiego Kościoła przeszkadza w życiu, a nawet w wierze, i cieszył się, że ma jechać na misję za granicę.
Wracałem nocą z S. w nie najlepszym nastroju. Głodny chciałem wstąpić do knajpy przydrożnej. Otworzyłem drzwi. I jakbym w pysk dostał. Tam nie tylko można było powiesić siekierę, ale nawet samemu się powiesić. Wszyscy w sztok pijani.
Wsiadłem do samochodu. Nagle drzwi karczmy się otworzyły, buchnęły opary alkoholu i wytoczyło się kilku pijanych. I dotoczyli się do wozów, które zygzakiem ruszyły w Polskę. Trzy żywe torpedy.
Chciałem dzwonić na policję, ale zablokował mnie odruch z czasów PRL: nie chcę być donosicielem. I myśl: wyśmieją cię lub oleją, przecież muszą wiedzieć, co tu się dzieje.
A mój ksiądz, co widzę w telewizji, wrócił z misji, ale w fatalny czas, gdy po pedofilskich skandalach kościelnych hula po Polsce gender. Czyli ideowa kontrofensywa Kościoła wymierzona w seks.
Znajomy w wolne dni pojechał w Bieszczady, w niedzielę poszedł z dziećmi do kościółka, pięknego, starego, drewnianego. Kapłan odczytał słynny już list biskupów. Dreszcz grozy poszedł po świątyni, ale też wielka ciekawość malowała się na obliczach wiernych: co to za zwierzę ten gender? Gdy mnie ktoś pyta, mówię: „Skrzyżowanie żaby, świni i węża”.
Wracając do świętego Mikołaja, u mojego syna na lekcji religii siostra zakonna pytana o świętego miała oświadczyć, że to był tylko taki biskup w ciepłych krajach. Dzieci upierały się, że ten nasz, z krajów północnych, istnieje. „A on, to tylko przebieraniec”, uświadomiła siostra dzieci.
Kolega naszego syna był w szoku. Wiemy od jego rodziców, że po lekcji dostał gorączki i chorował przez miesiąc. Pediatra podejrzewa, że na tle nerwowym. Utrata wiary bywa szokiem. A po moim Antosiu uświadomienie spłynęło jak woda po kaczce, jest po mnie racjonalistą.
W ostatnie święta okoliczności zmusiły mnie do przebrania się za Mikołaja. Wiele osób siedziało przy stole, miałem więc nadzieję, że mały nie zauważy mojej nieobecności. Ale Antoś podparł głowę dłonią i powiedział: „Zastanówmy się teraz: tylko taty nie było wtedy przy stole”…
Rok 1973, jako młody reporter pojechałem do Kamienia Pomorskiego. Tak, to ten sam Kamień. Miałem pisać o kulturze w miasteczku, zdarzały się wówczas takie tematy. A ja dostrzegłem tylko świat jak z Czechowa i Gogola. Cenzura tekst zatrzymała, już pierwsze zdanie uznała za antypaństwowe: „Na rynku jest sąd i więzienie śledcze…”.
W domu kultury zgodziłem się przebrać za Mikołaja. Z wielką brodą i worem wszedłem na salę pełną strwożonych dzieci i powiedziałem: „Przyszedł do was święty Mikołaj”. „Dziadek Mróz, Dziadek Mróz”, usłyszałem upomnienia. Polska Ludowa próbowała Mikołajowi zabrać świętość, ale nie chciano go dekonspirować, jak to zrobiła siostra zakonna. Może poczciwa, ale „Gdy rozum śpi, budzą się upiory”.

Wydanie: 3/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy