Kondukt pierwszomajowy

Kondukt pierwszomajowy

Święto Pracy w Polsce 2015 nie może być radosne dla polskiego pracownika. Nie tylko z powodu kiepskich zarobków, braku ochrony przed aroganckim szefem (m.in. z powodu nieobecności lub słabej kondycji związków zawodowych w firmie), dominacji w polskiej polityce dogmatów neoliberalnych, w których nie ma miejsca dla takich pojęć jak prawa socjalne, godność pracownicza czy dobrobyt.

Nastrojów nie poprawia fatalny stan lewicy, która jest zajęta głównie samą sobą i szukaniem sposobów na przetrwanie jej działaczy. Na ochronę interesów klas ludowych nie starcza jej już czasu, miejsca i świadomości. Lud pozostał sam ze swoimi problemami życia codziennego. Szczególnie w miejscu pracy. Czasowe umowy o pracę, często zmieniające się firmy, niepewność, rywalizacja i anonimowość w środowisku zatrudnienia nie sprzyjają budowie zaufania oraz pomocy. Amerykański socjolog Richard Sennett tak pisze o kulturze dzisiejszego kapitalizmu: „Pracownicy stale zmieniających się firm nie znają się nawzajem, co zwiększa ich niepokój; przedsiębiorstwa te mimo całego nacisku na zewnętrzne aspekty kooperacji są bardziej odczłowieczone i nieprzejrzyste od instytucji, w których ludzie robią długoterminowe kariery wśród dobrze znanych współpracowników”. W Polsce wraz z pojawieniem się całego „elastycznego pokolenia”, godzącego się na darmowe staże, śmieciowe umowy i upokarzające wynagrodzenie, powoli zanika luksus stałej umowy o pracę. Co więcej, wśród przedstawicieli tego pokolenia nie widać chęci wspólnej walki o poprawę własnego bytu, raczej przeważa naiwna wiara, że może „właśnie mnie” uda się wyrwać z tego mrocznego kręgu tymczasowości. Bez odrobiny solidarności jest to raczej niemożliwe. A w wielu obszarach życia zbiorowego obojętność zastąpiła jakikolwiek potencjał społecznej współpracy i oporu.

Obojętność zazwyczaj idzie w parze z dezorientacją co do własnego położenia. Większość ludzi na ma czasu na racjonalne wybory czy przemyślane kalkulacje. Ci ludzie wierzą, że może coś samo się zmieni w ich szarym życiu, że w końcu również im – a nie tylko tym pozbawionym trosk twarzom z telewizji – uda się coś osiągnąć w życiu. Trudno jednak rozwiązywać prywatne problemy, które mają przyczyny systemowe, bez wspólnych działań na rzecz zmiany reguł gry panującego porządku. Jak zauważa Sennett, „mogłoby się wydawać, że w czasach elastycznego kapitalizmu wspólnoty pełne tarć wewnętrznych będą mnożyć się, jak grzyby po deszczu. Brak ciągłości i dezorganizacja społeczna, jakie towarzyszą nowemu reżimowi, powinny dawać ludziom impuls do artykułowania swoich sprzeciwów. Rzeczy jednak mają się inaczej, czego najlepszym wyrazem jest powierzchowność kooperacji w pracy zespołowej. Nawet jeśli przełożeni starają się wystrzegać wszelkiej konfrontacji z pracownikami, to przecież ci drudzy sami powinni do tej konfrontacji dążyć”. Nic takiego oczywiście nie odbywa się w Polsce. Ostatnią siłą, która jeszcze jest w stanie upomnieć się o swoje interesy, są pracownicy z dawnej budżetówki, z górnikami na czele – dalej jest już tylko próżnia społeczna i morze obojętności.

Jak zauważa Sennett, w nowym kapitalizmie „skrzywdzonych jest wielu, ale tylko nieliczni spośród nich artykułują swój sprzeciw”. Kto może być gotowy do konfrontacji z granicami i regułami obecnego ładu? I dlaczego nie widać tych ludzi na co dzień?

Istnieje historia i twarda rzeczywistość za oknem, ale brakuje wspólnej opowieści dzielonej z innymi ludźmi, która opisywałaby zbiorowe zmagania z trudnościami. Problemy przeżywane są teraz w sposób zindywidualizowany, w prywatnym kącie, którego nikt nie widzi. I właśnie w takiej sytuacji dochodzi do złamania ludzkiego charakteru, który potrzebny jest do otwartego sprzeciwu. Władzy gwarantuje to spokój i zapewnia trwanie panującego systemu. Ten sen na jawie może jednak skończyć się w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach. Socjologia, przy całej swojej mądrości, nigdy jeszcze nie potrafiła dokładnie przewidzieć, kiedy nastąpi wybuch gniewu społecznego. A pozorny spokój był zazwyczaj gwałtownie przerywany. Amerykański socjolog kończy swoje rozważania stwierdzeniem: „Gdy patrzyłem w Davos na sznury limuzyn oraz kordony policji, pomyślałem, że reżim, jaki włada dziś światem, może pewnego dnia utracić panowanie nad wyobraźnią i aspiracjami zwykłych jednostek. System, który nie daje ludziom żadnych powodów, by dbali o siebie nawzajem, nie zdoła na dłuższą metę zachować legitymizacji”. Trudno się z tym nie zgodzić. Może więc obecna martwota społeczna jest tylko ciszą przed burzą, która zakwestionuje obecne banały wypowiadane przez elity i funkcjonariuszy tego dławiącego się brakiem nowych idei systemu.

Wydanie: 18/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy