Czy ojciec żyje?

Pewien młodzieniec, uzyskawszy dyplom lekarski, otwarł gabinet położniczy. Niebawem zgłosił się do niego pewien pan, którego żona właśnie szykowała się do urodzenia dziecka. Młody położnik również miał małżonkę, która czekała niespokojnie na powrót męża, mającego odebrać pierwszy poród w swojej lekarskiej karierze. Jakoż zjawił się w nieszczególnym nastroju. Odpytywany przez połowicę, wyznał wreszcie: założyłem wysokie kleszcze. Niestety, dziecko nie przeżyło. Zginęła również położnica. A kiedy wydobyłem wreszcie kleszcze, z rozmachu uderzyłem nimi asystującego męża. Zginął na miejscu.
Po kilku tygodniach nasz położnik został ponownie wezwany do porodu. Zdenerwowana żona zobaczyła go biegnącego po ulicy z triumfalnym wyrazem twarzy. Z daleka krzyczał: ojciec żyje, ojciec żyje!
Anegdota ta dobrze obrazuje perypetie wstrząsające naszym życiem parlamentarnym. Stało się obecnie modne rozpisywanie się w wielu periodykach o tym, jak dobitnie kontynuuje nasze Zgromadzenie Narodowe tradycje sejmów z dawnych lat. Autorzy podkreślają zwłaszcza, że burdy, awantury, deptanie wszystkich regulaminów obrad, jako też stosowanie wulgarnych wyzwisk oraz rękoczynów bywało na porządku dnia.
Jednak nasz parlament – zajęty rozbijactwem partyjnym – nie ma czasu na uświadomienie sobie, że jest ciałem legislacyjnym, czyli filarem państwowego ustawodawstwa. Prasowe sięganie w przeszłość ma nas pokrzepić, utwierdzając w przekonaniu, że nie jest najgorzej, ponieważ typowe nieparlamentarne zachowania w parlamencie stanowią integralną część naszej suwerennej historii. Jedyne pytanie pozostające bez odpowiedzi brzmi: gdzie jest ten ojciec, uratowany przed ciosem niedoświadczonego położnika? W gmachu naszego Sejmu miałby niewielkie szanse przeżycia.
Wysiłki legislacyjne, zmierzające do usprawnienia obrad sejmowych, wydają się niestety płonne. Zaproponowane rozwiązania i środki, ze wstępnym badaniem psychiatrycznym posłów na czele, mimo iż zdroworozsądkowo zacne, nie znajdą niestety zastosowania. Według pewnej teorii Sejm, będący reprezentacją narodu, musi w swym łonie zawierać z grubsza taki sam procent pomyleńców jak całe społeczeństwo. Mam jednak wrażenie, że odsetek oszołomów jest w parlamencie znacznie wyższy. Przynajmniej pod tym względem dzierżymy na świecie palmę pierwszeństwa.
30 października 2002 r.

Wydanie: 44/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy