Czy wyklęci wyborcy powstaną?

Czy wyklęci wyborcy powstaną?

Jestem w wieku pozapartyjnym, ale stare przyzwyczajenia nie pozwalają mi całkowicie odangażować się od sporów politycznych, mimo że czynię w tym celu wysiłki psychiczne. Wszystkie partie myślą tylko o najbliższych wyborach i nie wybiegają swoimi troskami dalej niż cztery-pięć lat. O jednej tylko słyszę zewsząd, że powinna myśleć o dalszej przyszłości, kiedy to już jej nie będzie, i starać się, żeby jej jak najprędzej nie było. Tą partią, jak każdy od razu zgadnie, jest SLD. Żeby autentyczna lewica mogła się wreszcie uformować we wpływową partię – głosi „autentyczna lewica” – trzeba jej zrobić wolne miejsce, a SLD to potrzebne miejsce uparcie zajmuje. Nic zatem dziwnego, że wszystkie pojawiające się ugrupowania lewicowe uderzają przede wszystkim w tę zawadę. Metafora „scena polityczna” jest pojmowana jak scena fizyczna, gdzie może zmieścić się tylko ograniczona ilość postaci, a jeśli ma się pojawić nowa postać, to któraś z już się tłoczących musi wyjść, żeby jej zrobić miejsce.
Jeżeli nie pomylimy metafor z rzeczywistością, to łatwo się domyślimy, że zniknięcie SLD spowoduje, że przez kilka lat żadna lewica nie będzie reprezentowana w Sejmie, a panowie Rosati, Sierakowski, Borowski itd. pozostaną z tym, co mają teraz.
W samym Sojuszu Lewicy Demokratycznej wybieganie w daleką przyszłość dość uporczywie, mimo widocznych skutków, praktykował głównie Krzysztof Janik. Twierdził on, że partia, która wygrywa wybory dzięki elektoratowi „postkomunistycznemu”, nie ma przyszłości, ponieważ ten elektorat nie dość, że będąc śmiertelnym, wkrótce umrze, to na domiar złego nie podoba się partiom solidarnościowym. Najboleśniejsze było, że także Unii Wolności pod wszystkimi jej nazwami. Pozbycie się tego elektoratu mieli zrekompensować wyborcy, którzy jeszcze nie istnieli, ale byli przewidywani w nieokreślonej przyszłości. Z myślą o nich SLD wybrał sobie młodocianych liderów, którzy ze swej strony dokładają starań, aby jak najdłużej wyglądać na studentów.
Ucieczka SLD od rzeczywistości w stronę „przyszłości” wyraża się także w zamiłowaniu do układania różnego rodzaju partyjnych „konstytucji”, deklaracji zasad, programów trudnych do zapamiętania, a zwłaszcza w definiowaniu lewicowości. Partia, która się wywodzi z Polski Ludowej, nie może się określać inaczej niż lewicowo, ale odróżnijmy nazwy od faktów. W rzeczywistości członkowie SLD stanowią grupę najbardziej świadomą spraw gospodarczych i choćby z tego powodu muszą zachować dystans wobec nowych lewic, przeważnie w kwestiach ekonomicznych zielonych i czerwonych jednocześnie, uprawiających demagogię socjalną. W kwestiach kulturowych zarówno elektorat, jak i członkowie partii są umiarkowanie liberalni i umiarkowanie konserwatywni. SLD nie musi psuć gospodarki w imię pozyskiwania grup najbiedniejszych, bo są one dla niego z góry stracone na rzecz PiS i Radia Maryja. Jeśli kiedyś pojawi się partia rewolucyjna, mogą przemieścić się pod jej sztandary, ale nie będzie to przecież SLD. Młodzi ludzie z „Krytyki Politycznej” występują w mediach głównie w celu zwalczania SLD jako „łże lewicy” i nie należy z nimi o to się wadzić, lecz działać zgodnie z orientacją swoich wyborców.
W obecnym stanie rzeczy umieszczenie się na lewicy jest skazaniem się na drugorzędność w polityce, ponieważ podział na lewicę i prawicę jest nieistotny. Podział zasadniczy nadal przebiega między obozem postsolidarnościowym i całą resztą. Ta „reszta” jeszcze się dobrze nie policzyła, a jej częścią, która ma najwięcej politycznego kształtu, są ci, co przeciwstawiają się choćby tylko pod własnym dachem zawłaszczeniu Polski przez antykomunizm, nacjonalizm i Kościół. I którzy mają zrozumienie dla PRL. Nie pochwalają ustroju, jaki wówczas panował, ale uznają przesunięcie Polski z Europy Wschodniej do Środkowej za największe osiągnięcie od czasu unii z Litwą, a tego osiągnięcia by nie było, gdyby po wojnie władzy nie objęli komuniści. Waga sporów socjalnych jest względna w porównaniu do politycznych prześladowań, jakie w Polsce trwają. Stosunek do tych prześladowań wyznacza podział pokrywający się z podziałem na obóz postsolidarnościowy i resztę. Liderzy SLD niezależnie od różnic, jakie ich dzielą, odnoszą się do tych prześladowań jeśli nie obojętnie, to z niewielkim zainteresowaniem. W każdym razie ludzie dyskryminowani przez władzę postsolidarnościową nie wyczuwają w SLD odważnego obrońcy i co za tym idzie, nie widzą powodu, żeby na tę partię głosować.
Autor podpisujący się M.Z. pisze w tygodniku „NIE”: „Nazbierało się w dzisiejszej Polsce przynajmniej 2 miliony obywateli drugiej kategorii, w różny sposób pozbawionych części uprawnień lub postawionych w upośledzonej sytuacji prawnej, mimo że nie zarzucono im jakiegokolwiek konkretnego przestępstwa i nie ciąży na nich wyrok sądu. Można przewidywać, że lista wykluczonych i napiętnowanych będzie się wydłużać. Mściwym bohaterom styropianu chęci i zapału nie brakuje, Bóg wie, co jeszcze strzeli im do głowy, każde łajdactwo jest do pomyślenia”. IPN robi obecnie spisy osób, które pełniły jakiekolwiek funkcje państwowe lub partyjne, od sekretarzy gromadzkich i wójtów zaczynając. Czemuś te spisy muszą chyba służyć. Podzielam zdziwienie M.Z., że tak duża grupa dyskryminowanych z powodów politycznych nie znajduje wystarczająco zdeterminowanego obrońcy w SLD.
Prawa wyborczego jeszcze tym ludziom nie odebrano, ale stało się ono dla nich bezużyteczne, ponieważ nie mają na kogo głosować.

Wydanie: 12/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy