Marzenie o pobojowisku

Marzenie o pobojowisku

Drugiej Rzeczypospolitej żaden geniusz polityczny nie mógłby uratować, a obecnej Polski najgorszy partacz, a nawet dwóch partaczy, nie jest w stanie doprowadzić do klęski. Los polski międzywojennej zależał od sytuacji międzynarodowej i los Polski obecnej także od niej zależy, a w małym stopniu od rządu w Warszawie.
Podbicie Polski nie było celem wielkiej wojny wszczętej przez hitlerowskie Niemcy. Nie akceptowały one zachodnich granic Polski, ale gdyby im chodziło tylko o odzyskanie utraconych terytoriów, nie byłoby wojny ze Związkiem Radzieckim. Manią Hitlera była walka z komunizmem i Żydami, co w jego wyobraźni było jednością. Rosja była ciałem tego demona. Niechęć czy wrogość Niemców, a Hitlera w szczególności, do Słowian odgrywała pewną rolę, nie na tyle jednak dużą, żeby wykluczyć sojusz z Polską w wojnie z bolszewicką Rosją. Gdyby chodziło o Polskę, przygotowania do wojny wyglądałyby zupełnie inaczej, ale o Polskę nie chodziło. Niemcy nie mogli stoczyć wojny z Rosją, nie zajmując Polski. Żaden mędrzec w Belwederze czy na Zamku w Warszawie nic na to nie mógłby poradzić. Ciekawe jest tylko to, że politycy polscy słabo rozumieli, co się dzieje. Postąpili według wzoru tradycji powstańczej: nie oddamy ani guzika, a w razie czego uciekniemy za granicę. Polityka tak zagraniczna, jak jeszcze bardziej wewnętrzna nie była prowadzona ze świadomością, co czeka Polskę. Intersubiektywne złudzenia, jakie się wytwarzały w klasie politycznej i grupie rządzącej, uznano za realny czynnik polityki międzynarodowej, z którym jeśli nie wrogowie, to przynajmniej sojusznicy muszą się liczyć. I mimo że każdy dzień przynosił nowy dowód na to, że nikt się nie liczy ze złudzeniami polskich polityków, oni sami, a także idący za nimi „patrioci” z najwyższym ilorazem naiwności wytrwali w tym półśnie przez całą wojnę. Nie ma się też czemu dziwić, że mylenie złudzeń, jakie sobie Polacy nawzajem narzucają, z rzeczywistością znowu wróciło.
Nikt nie będzie twierdził, że w pierwszej wojnie światowej Polska była stroną i celem lub przyczyną. A jednak poniosła olbrzymie straty gospodarcze i ludzkie. (Nie myśli się o milionach Polaków w armiach niemieckiej, austriackiej i rosyjskiej – dlaczego?). W obu tych wojnach konkretna Polska, jako kraj i ludność, wystąpiła w tej samej roli: pobojowiska.
Nic nie szkodzi cofnąć się jeszcze dalej w historię; tam też znajdziemy podobne przykłady. „Wojnę północną” na początku XVIII w. prowadzili ze sobą Szwedzi, Rosjanie, Prusacy i Sasi, a Polska była tylko pobojowiskiem i poniosła największe straty. Polacy uważają, że taki los ich spotyka, ponieważ mają złe położenie geopolityczne i gdyby Polska leżała między tak podziwianą Anglią i Francją, to wojska tych krajów, prowadzących ze sobą wojny nawet stuletnie, omijałyby Polskę z daleka. Złe położenie geopolityczne polega po prostu na tym, że się jest krajem niezdolnym do prowadzenia wojny na cudzym terytorium. Obecnie mamy idealne położenie geopolityczne, bo troszczy się o nas cała zjednoczona Europa, której zresztą nikt nie grozi. Co z tego, skoro Polacy z sobie tylko znanych powodów prą do tego, żeby przynajmniej w myślach być znowu pobojowiskiem, jeśli wybuchnie jakaś wielka wojna. Usilne pragnienie, żeby mieć na swoim terytorium amerykańską bazę rakietową (czym się różnią antyrakiety od rakiet i ile trzeba czasu, żeby jedne zamienić na drugie?), przypomina mi powiedzenie Balzaka: pokaż Polakowi przepaść, a on od razu w nią skoczy.
Rządy postsolidarnościowe prowadzą wobec Ameryki politykę wdzięczności, nie za Jałtę, ma się rozumieć, lecz za finansowe i moralne poparcie „Solidarności”. Nie zdołają one jednak przewyższyć w filoamerykanizmie liderów „postkomunizmu”, którzy wcześniej zaczęli się chwalić przed Europą, że „my jesteśmy lokajami większego pana”. Jednak podziwu dla siebie nie wywołali i obecnie rządzący antypostkomuniści, wysyłający Orła Białego za Reaganem w zaświaty, spotkają się w Europie, a także u wielu Amerykanów z takim samym politowaniem.
Utkwił mi w pamięci epizodzik: gdy zwróciłem uwagę grupce nastolatków, żeby przestali tak obrzydliwie kląć, najbardziej obsceniczny z nich ripostował kilka razy: żyjemy w wolnym kraju, żyjemy w wolnym kraju, czy nie? Co powiedzieć o tych niebywałych bredniach na temat „tarczy”, jakie się widzi i słyszy w telewizji, czyta w gazetach, i o tych ekspertach dziennikarskich i akademickich zachwalających sobie nawzajem amerykańskie „antyrakiety”? Żyjemy w wolnym kraju.

***

Za udział w nieudanej intrydze przeciw premierowi Oleksemu Wałęsa nagrodził sprawców stopniami generalskimi. Za udział w równie nieudanej intrydze przeciw wicepremierowi Lepperowi funkcjonariusze CBA również będą nagrodzeni, przynajmniej powinni, zdaniem premiera. Oni wszyscy razem z premierem także żyją w wolnym kraju.

 

Wydanie: 30/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy