Sprawy nieprzyjemne

Kuchnia polska

Bardzo dużo mówi się i pisze ostatnio o sprawach Kościoła katolickiego.
Nie chodzi mi tu o transmisje z nabożeństw i uroczystości kościelnych, a także o informacje dotyczące przygotowań do kolejnej wizyty papieża, w czym specjalizuje się szczególnie telewizja publiczna, dystansując w tym względzie swoich komercyjnych i – rzecz dziwna – jakby bardziej świeckich konkurentów. Chodzi mi o sprawy raczej nieprzyjemne. A więc najpierw o sprawę arcybiskupa Paetza, następnie zaś o sprawę biskupów amerykańskich, których papież wezwał do Watykanu, aby ich skarcić za tolerancję wobec mnożących się groźnie wśród duchowieństwa amerykańskiego wypadków pedofilii.
W obu tych sprawach stanowisko zwierzchnika Kościoła okazało się surowe i pryncypialne, papież uznał po prostu, że Kościół ujawniający swoje grzechy jest bardziej przekonujący, niż byłby wówczas, gdyby skrywał je pod korcem, co zresztą, jak wiemy, przez wiele lat, a może i wieków miało właśnie miejsce.
Ciekawe jednak, że w związku z oboma tymi skandalami obyczajowymi, związanymi z dziedziną seksu, w wielu rozmowach powraca problem celibatu, czyli bezżenności księży. Twierdzi się wręcz niekiedy, że piętnowane obecnie dewiacje seksualne wśród kleru dałyby się ukrócić, a może w ogóle nie miałyby miejsca, gdyby duchowni katoliccy nie byli zobowiązani do bezżenności, lecz na wzór innych Kościołów chrześcijańskich, protestantyzmu i prawosławia mogli zawierać legalne heteroseksualne związki małżeńskie. Celibat bowiem nie jest nakazem wiary, ale obyczaju i prawa kościelnego, nigdzie zaś w Piśmie nie ma mowy o tym, że duchownym nie wolno się żenić.
Otóż mam poważne wątpliwości co do sensu i możliwości zniesienia celibatu. Po pierwsze więc, wątpię, czy swoboda zawarcia heteroseksualnego związku małżeńskiego jest jakąkolwiek odtrutką na homoseksualizm czy pedofilię. Upodobania te przecież zdarzają się także wśród ludzi świeckich, którym nikt nie zabrania się żenić, co wskazuje, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Co więcej zaś, nie jest żadną tajemnicą, że opinia publiczna, zwłaszcza ludowa, jest ogromnie wyrozumiała wobec uprawianych przez księży odstępstw od ślubów czystości i instytucja księżych gospodyń zajmuje trwałe miejsce zarówno w tradycji, jak i w literaturze. Świadczy to, że celibat przynajmniej dla części kleru jest fikcją. W obu natomiast szeroko omawianych wypadkach dewiacji seksualnych nie chodziło o to, że osoby duchowne odstępowały od wstrzemięźliwości seksualnej, lecz o to, że wykorzystywały w tym celu sytuację podległości, jak w wypadku kleryków i biskupa, albo też naiwności ofiar, jak w wypadku pedofilii, która jest po prostu przestępstwem kryminalnym. Celibat nie ma z tym wszystkim nic wspólnego.
Natomiast o samej instytucji celibatu pisałem już 32 lata temu, w roku 1970, kiedy kardynał Alfrink, arcybiskup Utrechtu, wystąpił oficjalnie o jego zniesienie. Twierdziłem wtedy, że zniesienie celibatu jest w Kościele katolickim niemożliwe i nadal jestem tego zdania. Łączy się to z dwoma cechami tego Kościoła. Po pierwsze, z jego hierarchicznością, po drugie, z jego majątkiem. Po prostu – zapewne na skutek ułomności natury ludzkiej – trudno sobie wyobrazić, aby żonaci, a więc i obdarzeni potomstwem kardynałowie i biskupi nie dokładali wszelkich starań, aby ich synowie zostawali także biskupami, kardynałami, a może nawet papieżami. Urzędy te natomiast dają nie tylko wysoką pozycję w hierarchii, ale także wymierne korzyści materialne, zważywszy na kolosalny majątek, jakim dysponuje Kościół. Na żonatych duchownych mogą sobie pozwolić protestanci, w których Kościołach podległość hierarchiczna jest luźniejsza i gdzie pastorzy, podobnie jak rabini, są po prostu pracownikami gminy wyznaniowej, zatrudnianymi i opłacanymi przez gminę, nie zaś mianowanymi odgórnie przedstawicielami administracji kościelnej. Majątek gmin protestanckich jest skromny. Celibat w Kościele katolickim nie jest więc w istocie żadną zaporą przed życiem seksualnym ani jego dewiacjami, ale raczej ochroną samej instytucji Kościoła przed nepotyzmem, dziedzicznością stanowisk i majątków, a także intrygami, jakie niewątpliwie obecność licznych kardynałowych i biskupowych musiałaby nasilić.
Ale skoro już jesteśmy przy sprawach Kościoła, mamy oto nową nieprzyjemną sprawę, jaką jest niewpuszczenie przez władze rosyjskie biskupa Mazura na teren jego diecezji w Irkucku, ponoć największej diecezji na świecie. Władze polskie wypowiedziały się w tej sprawie w sposób bardzo zdecydowany, o tyle słusznie, że odmówienie komuś wizy bez wyraźnych motywów jest naruszeniem dobrych obyczajów międzynarodowych. Jednak, możliwe, że przez wrodzoną przekorę, staram się pojąć również motywy, których władze rosyjskie nigdy zapewne nie wypowiedzą na głos, ale które być może legły u podstaw rosyjskiej decyzji.
Otóż nie tak dawno, zaledwie kilka tygodni temu pismo „NIE” opublikowało fragment testamentu Jana Pawła II, w którym papież postanawia przeznaczyć swój majątek osobisty na rzecz fundacji, której celem ma być praca misyjna na Wschodzie. Nie wiem, skąd „NIE” wzięło ten dokument, nigdzie jednak nie spotkałem sprostowania, że jest on fałszywy. W tej sytuacji trudno się szczególnie dziwić Cerkwi prawosławnej, że potraktowanie Rosji jako kraju pogańskiego, w którym należy głosić Ewangelię, musiało ją mocno obrazić. Co więcej, od dosyć już dawna wiadomo, że pewna natarczywość polskiego kleru katolickiego w jego działaniach na Białorusi, Ukrainie czy na Litwie odbierana jest niekiedy jako próba „polonizacji” tych ziem, co nie poprawia naszych stosunków z ich rządami. Utworzenie zaś regularnych diecezji katolickich na terenie Rosji Cerkiew przyjęła jako swoisty akt agresji i przejaw katolickiego prozelityzmu.
I były by to sprawy w istocie obojętne, po prostu – mimo ekumenizmu – dalszy ciąg tysiącletniego sporu pomiędzy Kościołami zachodnim i wschodnim, gdyby nie to, że w spór wtrącił się rząd Rosji, który reguluje sprawy wizowe, a także fakt, że zdarzenia te, jak czytam, przyczyniają się w Rosji do podniesienia się nastrojów nacjonalistycznych, których wyrazem jest wręcz renesans kultu Rasputina jako symbolu prawowiernej, prawdziwej Rusi.
A to już staje się sprawą nieprzyjemną i nie jest ani takie zabawne, ani też takie bezpieczne. Zarówno dla Rosji, jak i dla nas, tu, nad Wisłą.

 

Wydanie: 18/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy