Ciemnogród

Ciemnogród

Wiadomość dla mnie przerażająca: „Sąd Najwyższy uchylił wczoraj prawomocną rejestrację Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej. Sąd orzekł, że nie ma narodu śląskiego” („Gazeta Wyborcza”, 6 grudnia 2013 r.). Znalazłem tę informację na dole czwartej strony „Gazety”. W innych dziennikach nie było jej zgoła. Tymczasem powinna widnieć na tytułowych szpaltach. Bo oto dzieje się rzecz niebywała – jacyś urzędnicy wymiaru sprawiedliwości uzurpują sobie prawo do stanowienia, kim jestem. Na jakiej podstawie? Antropologia kultury uczy nas, że istnieją tysiące definicji narodu i narodowości. Jedne opierają się na kategoriach rasowych, drugie na językowych, trzecie – kulturalnych (tradycja, obyczaj), czwarte – ekonomicznych, piąte (jak we Francji) na miejscu urodzenia, szóste (jak w Izraelu) na religii matki etc. Zmarły niedawno Nelson Mandela chciał, żeby o narodowości stanowiły nie różnice rasowe, język i tradycja, tylko realna więź społeczna i przeżyte wspólnie lata, jakkolwiek byłyby trudne i nienawistne. Zwolennikom kryterium językowo-kulturowego kością w gardle musi stanąć Szwajcaria. Czy istnieje narodowość szwajcarska? W tym roku ma się odbyć referendum, czy Szkocja odłączy się od Anglii. Przez z górą 300 lat łączyli Szkoci z Anglikami dobre i złe. Budowali razem imperium, walczyli ramię w ramię w wojnach napoleońskich i dwóch światowych, a teraz nagle pokaźna ich część ma dość – chcieliby sami gospodarować na swoim podwórku. Ekonomicznie nie ma to żadnego sensu. Podług Simona Jenkinsa („The Guardian”, 26 listopada 2013 r.), Anglia dopłaca tysiąc funtów szterlingów rocznie do każdego Szkota. Podług niepodległościowca Alexa Salmonda, tylko 600. Tak czy owak bilans dla Szkocji finansowo jest na minus. Ale nagle nie to okazuje się najważniejsze. Znaczna część społeczeństwa (jak wielka, zobaczymy po referendum) zgadza się zacisnąć pasa w zamian za poszanowanie jej godności, odrębności i legend, chociaż przyniesie jej to dotkliwe straty bankowe.
Liberałowie przecierają oczy ze zdumienia. Jakże to? Komuś chodzić może o coś więcej niż banknot i wolny rynek? Tymczasem rząd francuski zapowiedział właśnie pełnoprawne uznanie (również na poziomie edukacyjnym) języków regionalnych: bretońskiego, alzackiego, korsykańskiego, akwitańskiego…
Istnieje w Europie wiele modeli konfederacyjnych. Szwajcarski, niemiecki, włoski, belgijski… Najlepszy i zapewne najmądrzejszy (tak to przynajmniej ocenia Simon Jenkins) ma Hiszpania dająca szeroką autonomię Baskom i Katalończykom, uwzględniająca również specyfikę Galicii czy Andaluzji. Za czasów generalissimusa Franco były to dążenia nie do przyjęcia, topione w gwałcie i we krwi. Rzecz ciekawa – od czasów dyktatury frankistowskiej po dzień dzisiejszy zmieniła się całkowicie praktyka administracyjna, samej jednak definicji „narodowości” jak nie było, tak nie ma, a zapewne i nie będzie.
Winston Churchill mówił: „Stwierdzono, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, które próbowano od czasu do czasu”. Innymi słowy, demokracja jest kulawa, ale nikt dotąd nic lepszego nie wymyślił. Podobnie wygląda sprawa narodowości. Na przekór bowiem wszelkim ideowym konstrukcjom, ustawom norymberskim i nacjonalistycznym szperaniom w życiorysach staje ta najprostsza riposta: Tak, jestem Katalończykiem, bo za takiego się uważam. Jestem Baskiem, bo czuję się Baskiem, jestem Żydem, bo tak pojmuję swoją tożsamość, jestem Polakiem, gdyż kocham te mazowieckie pola i pamięć, i pomniki… Tak właśnie i tak tylko. Aliści Sąd Najwyższy ma inne zdanie: „Szanując przekonanie części Ślązaków o ich pewnej odrębności (sic! – LS) wynikającej z kultury i regionalnej gwary, nie można jednak zaakceptować sugestii, iż tworzy się naród śląski bądź już istnieje w liczbie kilkuset tysięcy osób, którzy zadeklarowali taką przynależność w spisie powszechnym”. Pomijam już pokrętność i błędy gramatyczne owego wywodu, acz od Sądu Najwyższego można by wymagać lepszej polszczyzny, co to jednak naprawdę znaczy? Sąd przyznaje, że kilkaset tysięcy ludzi poczuwa się do narodowości śląskiej, ale wie lepiej i im tego zabrania! Na miły Bóg – gdzie i w jakich czasach żyjemy? Jestem lojalnym i uczciwym obywatelem Rzeczypospolitej. Oprócz tego, a nie przeciw temu, czuję się Białorusinem, Tatarem, Żydem, Łemkiem, Cyganem… Jakie sąd ma prawo zaprzeczać mi i zabraniać łączyć się organizacyjnie z osobami mającymi takie samo poczucie?! Że później mógłbym ewentualnie knuć przeciw jednolitości państwa? Ależ w cywilizowanych krajach obowiązuje domniemanie niewinności. Gdybym potem, choćby najzasadniej, domagał się autonomii dla takiej czy innej ziemi, to zupełnie inna sprawa. To już jest kwestia polityczna, administracyjna etc. Faktu, do jakiej narodowości się przyznaję, zaprzeczyć mi może tylko ciemnogród. I tak cię właśnie postrzegam dzisiaj, Najwyższy Sądzie.

Wydanie: 2/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy